Share | 
 

 Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 2 z 2 Previous  1, 2
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
First topic message reminder :

Czyste i zadbane ulice tworzące sieć w Nishi. Przy nich można znaleźć masę sklepów, stoisk z sushi, crêpe, takoyaki i innymi przysmakami, ale również sklepami konbini i nie tylko.


Dazai wysłuchał uważnie słów mężczyzny, przyjął wizytówkę i skinął głową w podzięce, zaraz też akceptując propozycję kelnera, by razem się przejść. Czekając na rudzielca, pozwolił sobie na chwilę namysłu. Coś nie dawało mu spokoju. Imię mężczyzny, do którego głos miał mieć podobny Osamu, coś mu mówiło, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie je usłyszał. Aż nagle, gdy jego towarzysz wyszedł już przebrany i gotów do powrotu do domu, wspomnienie spadło na niego jak z jasnego nieba. To od Chuuyi słyszał owo imię! Od czasu hanami często się z nim kontaktował, czy to dzwoniąc, czy spotykając się w ustronnych miejscach, jak i pomieszkiwał u niego na kilka dni. W tym czasie wciąż starał się wyszukać coś, co pomogłoby jego partnerowi udowodnić, że oskarżenie go o zdradę jest bezpodstawne. To wtedy mężczyzna wspominał o uczestniku walki z intruzami, który właśnie nazywał się Yoshirou.
Rzecz jasna mógł to być zbieg okoliczności. Ale czy Chuuya nie mówił również czegoś o podobnym głosie? Jeśli przeświadczenie go nie myliło, ów niepozorny rudzielec miał kontakty z mafią, a w każdym razie z jednym z członków Jaszczurki. Nie miał jeszcze pewności, ale z pewnością było to warte uwagi i miał zamiar się tym zainteresować.
Dlatego szedł z pogodną minął obok kelnera, zastanawiając się, jak go rozgryźć. Musiał jakoś potwierdzić swoje hipotezy. Zwłaszcza że mogłoby to pomóc Chuuyi, gdyby mógł jakoś przepytać tę osobę. Miał wrażenie, że próby prowokacji mogą coś zdziałać, zostawiało więc jedynie spróbować.
- Można zostawić to "panowanie", w końcu nie jesteśmy już w oficjalnej sytuacji! Ty znasz moje imię... mogę poznać twoje? - spytał z uśmiechem. - I owszem, pracuję i mieszkam! Nie chciałem daleko dojeżdżać, więc znalazłem coś stosunkowo blisko. A pracuję w Zbrojnej Agencji Detektywistycznej. Słyszałeś o niej może? - zainteresował się uprzejmie, wpatrując się w jego twarz ukradkiem. - Ty pewnie masz dalej to pracy, prawda? To musi byćmęczące, codziennie tyle jeździć~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Przemytnik broni | Barista
Liczba postów : 126
Join date : 11/01/2017
Nie przeszkadza? No tak, poniekąd rudemu też nie dokuczało, bo przecież zdawał się czerpać od pajaca energię, kiedy tylko byli razem. Dlatego też po raz kolejny pokiwał jedynie głową, nie dopytując się o nic w tym temacie; po prostu nie widział ku temu powodu, bo przecież i tak lada moment potwierdzi swoją teorię o podobieństwie do Osamu. Posłał mężczyźnie zmieszany uśmiech, który zaraz przeszedł w lekkie zaskoczenie.
Bingo, panie Dazai.
Nie gapił się, znowu powołując się na analogię z sobą samym. Nienawidził, gdy ktoś oglądał go wybitego z rytmu i osłabionego, czuł się wtedy tym bardziej zażenowany. Stał w ciszy, niepewny, bez wykonywania żadnych gwałtownych ruchów, jak gdyby obawiał się wystraszenia młodszego mężczyzny. W pewnej chwili w ogóle przestał oddychać, mając wrażenie, że zaraz cały świat runie albo Dazai zacznie na niego krzyczeć. Walczył z samym sobą o podjęcie tematu, kiedy młodszy spytał, o co chodzi. Całe jego ciało było napięte, gdy niemalże nieludzko mechanicznym ruchem obrócił twarz przyozdobioną szkarłatem na policzkach i nosie oraz zaszklonymi, stalowobłękitnymi tęczówkami do kompletu.
- Potrafię... identyfikować to, co widziałem i widzę u siebie. Gdy nie wiem, jak się czuję, staram się znaleźć jakiś punkt, który pomoże mi się zrozumieć. Zazwyczaj kończy się kontrolowaniem czujnie każdego mojego ruchu i zwracaniem uwagi na oczy. Prawie rok temu widziałem w sobie to, co dziś widzę w twoich oczach. - Zakończył tonem ostrożnym, cichszym od szeptu, po czym spróbował unormować oddech i zatrzymać drżenie własnego ciała. Człowiek, który nigdy nie przestraszył się na żadnym horrorze, trząsł się jak osika podczas rozmowy o uczucia.
Jesteś parodią człowieka, Aleksandrze.
- Ja... nie mam zamiaru nijak tego wykorzystać, jeśli to prawda. Wolałbym zniknąć ze świata niż sprawić komuś ból.
- "Gdyby za dobroczynnością nie szła bezmyślność..." - A-ale jeżeli uważasz, że się napraszam - "Ileż to razy kazałeś odejść komuś, kto chciał ci pomóc i ulżyć? Ile razy ze strachu traktowałeś innych jak śmieci? Jesteś żałosny." - ... To rozdzielmy się i przemyśl to, o czym mówię. Nie chcę się narzucać z własnym doświadczeniem. Ale kiedy widzę, że ktoś może powtarzać moje błędy, to... chciałbym tę osobę chronić. - Nie dotknął go, nie wpatrywał się w niego, po prostu mówił. Sam, gdy ktoś był bliski odkrycia jego słabości, wolał nie być dotykanym. Ścisk w gardle i utożsamianie się z osaczonym zwierzęciem jednak nigdy nie ustawały w takich sytuacjach. Był sam na własne życzenie.
- Dlatego... Bez względu na to, czy mylę się co do ciebie, czy nie, to dbaj o siebie i o innych. - "Cóż, plus jest jeden. Nie rozwyłeś się, rudy. Juhu."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Dazai od dawna nie był tak wytrącony z równowagi. Rejestrował napięcie, ostrożne dobieranie słów przez Aleksandra, jego rumieńce i te oczy o wyrazie wyrażającym tak wiele. Dostrzegał to wszystko, ale zupełnie nie umiał się na tym skupić, opanowany przez uczucie narastającej paniki. Czy jego maska była naprawdę tak żałośnie słaba? To, że pękła przez Chuuyą, mógł jeszcze sobie wyjaśnić wieloletnią znajomością, swoją słabością do niego i tak dalej. Ale jak to się stało, że dopiero co poznana osoba zdołała go przejrzeć? Zacisnął dłonie, by opanować ich drżenie, uciekł spojrzeniem, nie chcąc za nic pokazać go mężczyźnie. Co jeśli wcale nie był tak dobry w ukrywaniu emocji i zgrywaniu błazna, jak sobie wmawiał? Czy może się łamał? Tego nie chciał za żadne skarby świata. Wolał zniknąć niż pokazać światu swoją słabość.
I co powinien zrobić? W jego głowie był mętlik, automatycznie poruszał nogami, jakby te mogły go zabrać gdzieś z dala od zmartwień. Nie wiedział, co odpowiedzieć, nie umiał wydobyć z siebie głosu. Musiał ratować swoją maskę, swoją jedyną ochronę przed ludźmi, musiał...
- W oczach? Nie wiem, co... - głos mu się załamał. Żałosne, Nawet siebie nie umiał okłamać, nie umiał tego powiedzieć. Tyle lat śmiania się ludziom radośnie, w środku czując nieznośny ból serca i skręcone ze strachu wnętrzności nie przygotowało go na spotkanie z kimś, kto umiał widzieć ludzi. Karykatura błazna, którym chciał się stać.
Najgorsze było, że w tym wszystkim wyczuwał szczerość intencji baristy. Ów martwił się o praktycznie obcą osobę, na szczęście dla Osamu nawet nie patrzył się na niego, bo nie umiał sobie nawet wyobrazić wstydu, który by go ogarnął. Czuł się przy nim jak karaluch, a to określenie było tym adekwatniejsze, patrząc na zdolność tego owada do przeżycia w niemal każdych warunkach - jakże ironiczne, patrząc na rozliczne nieudane próby samobójcze detektywa. Czemu umieranie nie było takie proste, jakby marzył? Tyle osób ginęło w przypadkach, ci, którzy pragnęli życia, byli go przedwcześnie pozbawiani, a on? On był kpiną świata skierowaną do tych ludzi, tak jak i dla niego owi pechowcy stanowili drwinę z jego prób.
Chuuya. O nim powinien myśleć. Nie jak zakończyć życie, ale jak móc przetrwać dla niego. Normalnie umiał się na tym skupić, chciał w końcu z całego serca go uszczęśliwić, zadośćuczynić wszystkie lata sprawiania sobie bólu. I zwyczajnie zobaczyć jego uśmiech. Nic nie było dla Osamu taką nagrodą za panowanie nad pragnieniem wskoczenia do rzeki czy pod samochód, jak widok szczęśliwego rudzielca. Teraz jednak tę świadomość przygniatała panika, która go ogarniała na myśl o byciu przejrzanym. Część jego psychiki kazała mu zniknąć w tej chwili, po prostu położyć się i umrzeć. Tak bardzo miał ochotę się jej poddać.
- Uczyć się da tylko na własnych błędach - wyszeptał ledwo słyszalnie. Nie wiedział, co mu odpowiedzieć - co mógł z siebie wydusić, co miałoby jakiś sens. Co nie byłoby pustymi frazami. "Dzięki za radę, tak zrobię"? Nie umiał kłamać komuś, kto właśnie zniszczył jego maskę. Cóż za ironia, Dazai nieumiejący kłamać.
- Czemu...? - spytał słabym głosem, mając wrażenie, że ten zaraz przestanie go słuchać. Spojrzeniem starał się przekazać więcej, niż umiał powiedzieć. Czemu ten się nim przejmował. Czemu go zdemaskował. Czemu czuł się niegdyś tak jak on. I jeszcze więcej rzeczy, których nie umiał wyrazić. Czemu on sam był tak słaby, czemu nie umiał mu spojrzeć dłużej w oczy, tak że musiał odwrócić wzrok.
Skrzywił się w groteskowej parodii uśmiechu - obecny szczyt jego możliwości mimiki.
- I jak ja ci się teraz pokażę w kawiarni... a miałem zrobić Chuuyi niespodziankę - westchnął, cudem zdławiwszy w sobie szloch całą tą sytuacją. Nie. Mógł być w złym stanie, ale nie pozwoli sobie na rozpłakanie się na środku ulicy. Nie umiałby się po tym pozbierać. Nie żeby teraz był na dobrej drodze do tego.
I zamarł. Dopiero po fakcie zorientował się, że z tego stresu i paniki zapomniał, że miał kryć swoje powiązania z mafią. A teraz możliwie właśnie pogorszył i tak już beznadziejną sytuację najważniejszej dla siebie osoby.
Chciał umrzeć. Najlepiej natychmiastowo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Przemytnik broni | Barista
Liczba postów : 126
Join date : 11/01/2017
Motto : - Lubię cię. - A ja lubię kawę i tylko kawę.
avatar
- Tak, wiem. - Skinął głową, bowiem Dazai miał rację. Poczuł się nieco uderzony tym spostrzeżeniem, jakkolwiek by nie było trafne. Miał to do siebie, że zawsze chciał wszystkich chronić, gdy widział, że są bliscy popełnieniu tych samych błędów, które on kiedykolwiek popełnił. Szczególnie, gdy w grę wchodziło popełnienie błędu przez kogoś, kto przypominał mu jego samego.
Dopiero teraz poczuł, że dobre serce tak naprawdę zrobiło z niego dupka i kurwia, który wpycha swój nos tam, gdzie nie powinien. I jeszcze dobija niewinnego, delikatnego człowieka, którego w domyśle miał ochronić i dać mu radę - nie tyle po to, by ją stosował tu, teraz i od razu, ale po to, by mógł się nad tym zastanowić i może nawet dojść do wniosku, że nie jest taki osamotniony w tym, co czuje. Alek poczuł się z kolei tak, jakby wyrwał kwiat z ziemi i powyrywał mu po kolei wszystkie płatki, następnie pomiął łodygę i rzucił na ziemię. Ścisk w sercu powrócił. I nie był związany z tym, że Alek z tymże miał kłopoty.
A wtedy z ust Dazaia padło pewne imię - dość charakterystyczne, bowiem wszyscy w Mafii mówili o jego właścicielu właśnie używając tego miana. Rudy dopiero teraz faktycznie spojrzał na Osamu w sposób ostrożny, jakby chciał się upewnić, czy się nie przesłyszał. Sądząc po minie nadawcy komunikatu (notatka na dziś - nie podchodź do rozmowy jak polonista, rudy) - nie przesłyszał się w najmniejszym stopniu. Na moment wstrzymał oddech, znowu tak, jakby obawiał się przestraszenia tej niewinnej istoty nawet brzmieniem własnego oddechu.
- Poczekaj tu. Idę do sklepu, złapię jakąś wodę dla ciebie.
- To takie dziwne; po raz pierwszy chyba był w sytuacji, gdzie ktoś bał się interakcji bardziej niż on. Dazai budził w nim potrzebę zaopiekowania się tymże, jak bezdomnym szczeniaczkiem odnalezionym w czasie ulewy w podłej dzielnicy miasta. Chciałby przytulić go i obiecać, że wszystko będzie dobrze, właśnie jakby zwracał się do psiaka, który i tak nie zrozumie, że człowiek może się mylić. Wiedział jednak, że gdyby jemu samemu ktoś tak zrobił, to zacząłby panikować, a poza tym przytulanie obcych i w ogóle interakcje dłuższe niż kilka minut nie leżały w jego naturze. Podbiegł do jakiegoś sklepiku i kupił półlitrową butelkę wody niegazowanej, po czym wrócił do Osamu i zaprowadził go za ramię w jakąś cichszą uliczkę, gdzie dał mu wodę.
- Powinienem przeprosić za naciskanie na ciebie..? Nie chcę być kłopotliwy. Ale... posłuchaj jeszcze paru rzeczy. Przestraszyłeś się bardziej, bo widocznie wiesz, że mam powiązania z Mafią. To prawda? - Otrzymawszy odpowiedź, skinął głową. - Nie obchodzą mnie sprawy między Obdarzonymi. Nie obchodzą mnie wasze walki. Liczy się dla mnie wygodne życie i spokój. Dobrze zarabiam, nie jestem zachłanny. Co mi da powiedzenie, że ktoś jest powiązany z tobą? Tak naprawdę niewiele. Narobi mi to kłopotów. Będę przepytywany, skąd, jak i dlaczego się dowiedziałem. Trochę więcej pieniędzy? Co ja z nimi zrobię? Mam je chomikować do śmierci? I tak nie jestem w stanie wydawać znacznej części tego, co mam. Chcę żyć zwyczajnie. Nie bawi mnie dowalanie innym ludziom. Po co to robić? Nie zrobiłeś mi nic złego. A ja nie jestem mściwy i tak. Nie wsypię cię. - Co zaskakujące, jego głos brzmiał silnie i był pewny siebie. Nigdy z nikim nie rozmawiał na poważnie o Mafii; stylizował się przynajmniej po części na osobę dostatecznie nudną, że nikt nigdy nie podejrzewał go o brudne sprawunki.
- Lubię cię - Powiedział nagle, tym razem samemu zakładając maskę pewności siebie. W oczach miał jednak coś przeciwnego, z domieszką poczucia obowiązku.
- Jak czujesz, że za bardzo wlazłem z butami w twoje sprawy prywatne, to tego w sobie nie duś. Powiedz. Szczerość jest ciężka. Martwienie się, czy coś wypada robić, też. Nie mam zamiaru ci wpychać moich pomysłów, bo sam wiem, jakie to denerwujące. Po prostu spróbuj o tym pomyśleć. Weź sobie do serca całość, część, nic. Jak ci wygodniej. Nie zapominaj o sobie, skoro istnieje ktoś, kto, sądząc po twoich słowach, pamięta o tobie zawsze. Wzorzec siły? Warto wziąć przykład. Ustalić cel. Przykro mi, że zaczęło się właśnie tak, a nie inaczej, no, trochę głupio. Ale co zrobić? Obiecać poprawę? A co, jak cię okłamię, nawet niechcący? I już prawie koniec gadania. Słowo. - Wziął głęboki oddech, wsunął dłonie do kieszeni.
- O co mi chodziło z oczami? Nie znoszę człowieka, którym jestem. Boję się zobowiązań. Martwię się byle czym. Przeżywam każdy swój błąd i tak bardzo staram się każdy z nich zrekompensować światu. Jestem naiwniakiem. Dziwne, że nie dusi mnie powietrze. Nie ma godziny, bym nie dogryzał sobie w myślach i nie dopowiadał najgorszych scen. Popadam w paranoję, zamykam się w sobie jak tylko mogę. Nie ufam ludziom, bojąc się krzywdy - nie tylko mojej, ale też ich. Boję się nawet skończenia ze sobą, chociaż mówię sobie, że powinienem to zrobić. Wola istnienia to tak beznadziejna rzecz, nie znoszę jej. - Kontynuował stanowczo, jednak co jakiś czas jego głos drżał. W pewnym momencie na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia i złości, którym zawsze maskował smutek.  Miał wrażenie, że jego oczy wilgotnieją, jednak nie otarł ich i po prostu starał się nie pozwolić łzom na opanowanie go. Nie byłby w stanie ich powstrzymać.
- Jeśli w czymkolwiek z tego, co mówię, widzisz siebie... To cieszę się, że dopuściłeś kogoś bliżej do siebie. Nie odpychaj go. Jeśli wie, co i jak i jeszcze nie odszedł, to nie zrobi tego. Każdy potrzebuje kogoś, z kim mógłby być szczery. Im bardziej tłumisz w sobie uczucia, tym bardziej będziesz cierpieć. - Zrobił krok w stronę mężczyzny i położył dłoń na jego głowie, by czułym gestem przeczesać jego włosy.
- No... ale dość tych smutków. - Definitywnie, bo rudy wciąż był na granicy płaczu. - Zepsułem ci humor. Powiedz, o co chodzi z tym zwierzchnikiem. Postaram się z tym pomóc. Chociaż tyle mogę zrobić. I nie rób miny, wyglądasz jak smutny szczeniaczek. Przygarnąłbym cię i byłbym twoją mamą. Jak nic. - Dodał z cichym chichotem. - Ogarniemy się, wrócimy na główną ulicę i każde w swoją stronę. Co ty na to? - Całe szczęście, że potrafił szybko przywracać swoją mimikę twarzy do stanu standardowej obojętności. Po paru minutach wyglądał po prostu, jakby był niewyspany i długo przecierał oczy, przez co te zaczerwieniły się.

_________________

In his mind, nothing could be more delightful than to live in solitude, and enjoy the spectacle of nature, and sometimes read some book or other.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Pierwsza myśl Dazaia to uciec, gdy tylko Aleksandr zniknął mu z oczu. Tak pewnie byłoby najlepiej. Z jakiegoś powodu wiedział, że ten by do niego nie wydzwaniał, napraszając się. Nie sądził, by był tym typem osoby. Ale nie mógł się ruszyć, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Musiał to wszystko naprawić. Ta myśl przyświecała mu, gdy tak stał jak kołek z możliwie jak najmniej mówiącym wyrazem twarzy. Może mógłby udawać, że właśnie owo załamanie stanowi jedną z jego masek? Jeśli tylko zdoła na tyle się uspokoić, by dalej grać... musiałby przekonać mężczyznę, że cały ten czas grał, ale w taki sposób, b y ten się zorientował i nie wiedział, że to był plan Osamu, by się zorientował. Grać na tyle dobrze by umieć umiejętnie przedstawić złą grę... czy był w stanie teraz to zrobić?
Nim się spostrzegł, rudzielec już wrócił i zaciągnął go gdzieś w jakąś uliczkę. Cóż, choć jeden plus, nikt poza nim nie zobaczy reakcji Dazaia. Tego nie umiałby znieść. Usiadł na murku i zerkał niepewnie na mówiącego mężczyznę, upijając nieco podanej mu wody. Jego słowa mocno go poruszyły - faktycznie chociaż część rzeczy, o których ten mówił, dotyczyła go osobiście. Skinął jedynie głową na pytanie o mafię, nie chcąc odzywać się, nim ten nie skończy mówić. Widział, że ten mówi w dużej mierze siłą rozpędu i nagłej determinacji, nie chciał więc mu przerywać i wybijać z rytmu. Wgapiał się w niego, choć gdy tylko zdawał sobie sprawę z tego, co robi, zaraz odwracał wzrok gdzieś na ścianę. Jeszcze tego brakowało, by ten czytał z jego oczu jak z otwartej księgi.
Jednak... poniekąd się uspokoił. Sam był tym zaskoczony, ale wierzył słowom Rosjanina, a z tych wynikało, że ten nie ma zamiaru sprzedawać Chuuyi. A to było dla niego ważniejsze niż cokolwiek dotyczącego jego osoby. Nie znaczyło to, że od razu wrócił do bycia zamaskowanym sobą, ale był na dobrej drodze ku temu. Oddech mu się wyrównał, nadal nie odważył się jednak spojrzeć mu w oczy. Wszystko wskazywało na to, że barista jest porządnym człowiekiem, który zadziwiająco dobrze go rozumiał, ale to nie zmieniało faktu, ze dopiero co się poznali. Oparł łokcie o kolana, zaś czoło o złączone dłonie, zasłaniając przy tym twarz, pozwalając dodatkowo, by kosmyki włosów mu na nią opadły.
- Zanim naprawdę zdecydujesz, że chcesz mi pomóc... powinieneś wiedzieć, jak podle chciałem... - Nabrał powietrza w płuca nim kontynuował. - Wiedziałem, że twój ukochany jest w mafii, bo Chuuya mi o nim wspominał... I był ostatnio świadkiem ataku. Nie wiem, ile o tym wiesz, co ci mówił. - Westchnął cicho. - Ale to kwestia bardzo ważna dla Chuuyi, a on nie chce w to wciągać bojówki, nie chcąc, by mafia go ukarała za pomoc. Jest tylko pionkiem z perspektywy Moriego, nie ma dla niego większej wartości. A ja... ja o to nie dbam, chcę pomóc Chuuyi za wszelką cenę - zakończył szybko drżącym głosem. - Widzisz? Chcesz pomóc komuś, kto chciał wykorzystać ważną dla ciebie osobę, nawet jak mogłoby to ściągnąć na nią gniew mafii.
Wstał w końcu i spojrzał na niego pustymi oczami. Czuł się okropnie, wykorzystując Aleksandra. A jednocześnie czuł, że ciągnie go do osoby, która przeżyła coś podobnego, która była najbliższa idei bratniej duszy ze wszystkich, których spotkał. Położył mu dłoń na ramieniu, nieświadomie ją zaciskając, jakby to on szukał wsparcia.
- Chciałem, żebyś zdawał sobie z tego sprawę... I-i z tego, że... dziękuję - odparł niepewnie, wbijając spojrzenie w bruk. - Przepraszam za... za to wszystko. Nie lubię robić z siebie widowiska i... ale to pewnie wiesz. - Zaśmiał się gorzko, ale chociaż był to już jakiś śmiech. - Sam przemyśl, co chcesz z tym zrobić, ja nie wiem, czy w ogóle zasłużyłem na twoją pomoc. Jeśli jednak zdecydujesz się, że mi wybaczysz... to daj mi znać. - Odetchnął głęboko, posłał Aleksandrowi krzywy, ale mimo wszystko wdzięczny uśmiech i ruszył przed siebie. Nim jednak wyszedł z uliczki, odwrócił się jeszcze za siebie, by z lekkim zawstydzeniem rzucić: - I... i ja też cię lubię. Chyba tak myślę. Dobry z ciebie człowiek. - To powiedziawszy, umknął szybko, chcąc zamknąć się gdzieś w samotności, by móc na nowo przybrać maskę oraz przemyśleć cale to spotkanie.

| zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Przemytnik broni | Barista
Liczba postów : 126
Join date : 11/01/2017
Motto : - Lubię cię. - A ja lubię kawę i tylko kawę.
avatar
Nie naciskał. Czekał cierpliwie, aż Dazai zbierze się w sobie i sam się odezwie. Nie chciał mówić w sposób jakkolwiek ponaglający czy karcący, po prostu wyrzucał z siebie wszystko, co wiedział i czuł. Miał nadzieję, że nie wyszło to jak użalanie się - gdyby sprawiał wrażenie takiej osoby, stanowiłby niesamowicie łatwy cel. Drgnął lekko, gdy Osamu w końcu się odezwał i przybrał wyraz twarzy mówiący zupełnie nic. Dłuższą chwilę milczał, nie tyle po to, by się zastanowić nad dalszym działaniem (bo doskonale wiedział, co zrobi), a po to, by się uspokoić. Poczuł się faktycznie oszukany i zraniony, ale jeżeli to było w dobrej wierze, to czy miał prawo się złościć? Z pewnością nie, ale tylko, jeśli pomagając Dazaiowi zdoła uniknąć ściągnięcia kłopotów na Yoshirou.
- Czas przeszły. Chciałeś go wykorzystać i mnie podejść. - Powiedział chłodno, choć nie miał takiego zamiaru. Po prostu silił się na spokój, co nie było łatwe.
- Moja propozycja dalej jest aktualna. Nie podlegam Mafii. Mogę z nim o tym pogadać i ci przekazać, a ty powiesz jakby co, że zasłyszałeś to jako plotkę w jakimś barze czy coś. I że chciałeś sprawdzić. - Musiał unieść wzrok na oczy Dazaia, gdy mężczyzna wstał. Nie, to była inna skala niż u niego kiedykolwiek... Nie potrafił nie współczuć człowiekowi, który wyglądał i zachowywał się w ten sposób. Poczuł, jak ściska mu się serce, gdy Osamu położył dłoń na jego ramieniu.
- Nie masz za co dziękować, szczeniaczku. I nie rób miny, no... wiem. Wiem, cii.
- Uśmiechnął się łagodnie, z niejakim zadowoleniem odnotowując, że Dazai się zaśmiał. Starał się przymknąć oko na fakt, że śmiech ów był przejawem desperackiej próby pokazania, że wszystko jest w porządku. Rozumienie takich rzeczy sprawiało, że świat stawał się niesamowicie gorzkim miejscem i nic nie neutralizowało tego posmaku.
- Dobry? Nie lubię, jak ktoś popełnia moje błędy. To tyle. - Pomachał mu lekko i odczekał chwilę, aż Dazai zupełnie zniknął z jego oczu, po czym ruszył w swoją stronę dość pospiesznie. Chciał tylko dostać się do domu i przespać resztę dnia.

zt

_________________

In his mind, nothing could be more delightful than to live in solitude, and enjoy the spectacle of nature, and sometimes read some book or other.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Strona 2 z 2 Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Ulice NYC
» Ulice
» Ulice
» Bronx - Ulice
» Ulice

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Stray Dogs PBF :: Yokohama :: Nishi-
Kody oryginalnego stylu forum stworzone przez Okhmhakę. Obrazki użyte na forum nie są własnością administracji; zostały jedynie przystosowane pod forum. Jeśli jesteś autorem któregoś z nich i nie życzysz sobie, by był na forum, skontaktuj się z administracją.
If we used your art and you feel uncomfortable with it, contact Chuuya.