Share | 
 

 Ulice

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next
Admin
Liczba postów : 71
Join date : 26/09/2016
avatar
First topic message reminder :

Najzwyczajniejsze, wybrukowane ulice, które łączą się w sieć opadającą na całe Isogo, łączące się bezpośrednio z Naka i Kanazawą. Główne ulice są dość szerokie, otoczone ze wszystkich stron najróżniejszymi sklepami wszelkiego sortu. Przy mniejszych uliczkach częściej mieszczą się mieszkania bądź nieduże kliniki i zakłady usługowe. Znajduje się też przy nich dość duża liczba aptek. Gdzieniegdzie można znaleźć ławkę czy murek umożliwiające odpoczynek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://straydogs.forumpolish.com

AutorWiadomość
Czlonek Klubu
Liczba postów : 154
Join date : 07/10/2016
- Och... Ojej... Jejku... - Mamrotał pod nosem Poe, gorączkowo rozglądając się po kolejnych zaułkach Isogo. Karl uciekł mu już kilka godzin temu i był zupełnie sam, zagubiony w miejskiej dżungli... A druga część tego zdania może odnosić się zarówno do Edgara, jak i do szopa, bowiem sam pisarz czuł, że już dziesięć razy zgubił drogę, a GPS wcale mu nie pomagał! 
Zastanawiał się, jak to się właściwie stało; Karlowi udało się wyciągnąć właściciela na spacer, jedli razem ciastko, gdy nagle rozległ się jakiś huk niewiadomego pochodzenia, który wystraszył niewinną istotę i jej czworonożnego towarzysza. Edgar aż musiał przysiąść, z kolei Karl... Karl popędził przed siebie, oczywiście ukradłszy wcześniej ciasteczko z rąk swego towarzysza. 
- Boże, czemuż to brak mi sił... ująć mocniej ten złoty pył, uratować ze srogich fal okruszynę, której mi żal?... - Szeptał gorączkowo Poe, wciąż mając nadzieję, że szop znajdzie się sam, że zaraz znów skoczy w ramiona pisarza i całe szczęście znowu zawita w ich życiu. Mężczyzna rozważał spytanie kogoś o to, czy Karl został gdzieś przyuważony, jednak gdy tylko miał zabrać głos i zaczepić kogoś, ta osoba krzywo patrzyła na niego, przyspieszała kroku lub mówiła, że nie ma czasu. 
W końcu jednak w tłumie zauważył znajomą postać, którą wszak jakiś czas temu Fitzgerald postanowił wcielić do Gildii, jednak której imienia nie umiał sobie przypomnieć. Blondynka była wyższa od znacznej części ludzi tutaj, wyglądała dość uprzejmie i... I zajmowała się zwierzętami! Niemożliwe, by odmówiła Poemu pomocy. Od razu, na miękkich nogach i drżąc na całym ciele, skierował się do niej i zaledwie lekko musnął jej ramię palcami, mając nadzieję, że zwróci na niego uwagę i nie zostanie wzięty za zbyt nachalnego. 
- Um... Przepraszam, a-ale... Pani... Czy widziała pani Karla...? - Spytał cicho, odruchowo wskazując gestem dłoni na ramię, gdzie zwierzę zwykle się sadowiło. Naraz poczuł się tak, jakby lada moment miał zapaść się pod ziemię ze wstydu. Co, jeśli pomylił osoby? A jeśli mu odmówi? Na pewno ma ważne rzeczy do roboty, w końcu to weterynarz... 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość
W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że ten znajduje się w końcu na ulicy. Nie, nie dlatego, że nagle stracił cały swój majątek i wylądował na bruku, spokojnie, nie o taki dramatyzm chodzi w tej sytuacji - ot, czasami po prostu każdy pojawia się w mieście i przechadza się ulicą. Chyba, ze było się hikikomori, wtedy spędzało się większość czasu w swoim pokoju. Na całe szczęście Margaret nie było obarczona tego rodzaju chorobą cywilizacyjną i nie widziała przeszkód w wychodzeniu na zewnątrz, zwłaszcza gdy miała w planach udać się w odwiedziny do jednego z profesorów weterynarii. Ot, niezapowiedziana wizyta, która miała poszerzyć jej horyzonty, rozszerzyć spojrzenie na swoją profesję, a także zwyczajnie wprawić ją w niesamowicie dobry humor. Dziewczyna od rana była w związku z tym przedsięwzięciem całkiem wesoła, a teraz idąc na ulicy nie powstrzymywała się nawet od mruczenia pod nosem jakiejś wesołej piosenki. Było trochę chłodno, lecz nie za bardzo, dlatego choć ubrana ciepło nie czuła się ubraniem przygnieciona, a ogólna aura sprawiała raczej wrażenie rześkiej niż mroźnej.

Była właśnie w trakcie jakiejś przyjemnej nuty w swoim mruczeniu, gdy nagle odczuła dziwnie delikatny dotyk na swym ramieniu. Byłaby prawie zignorowała to zjawisko uznając za dotykową fatamorganę, ot być może silniejszy powiew wiatru, gdyby nie towarzyszące uczuciu słowa, które sprawiły, że Margaret musiała zaakceptować istnienie osoby, która uczucie wywołała. Będąc kulturalną i wychowaną osobą dziewczyna zatrzymała się więc, wstrzymała od dalszego nucenia i z lekkim zdziwieniem na twarzy obejrzała się na autora wypowiedzi. I ojej, znała go. To znaczy, tak trochę. Nigdy nie mieli okazji ze sobą jakoś dłużej porozmawiać, ale dziewczyna wyraźnie pamiętała, że chłopak posiadał własne zwierzątko, szopa, a to momentalnie sprawiło, że chcąc nie chcąc dziewczyna myślała o nim pozytywniej niż o innych osób. Tak jak noszenie szopa dodawało +10 do charyzmy i kontaktów z Marg. Rozumiejąc już jednak z kim ma do czynienie dziewczyna uśmiechnęła się ciepło do nieco zlęknionego chłopaka, tylko po to by by za chwilę jej uśmiech zmienił się w wyraz zaniepokojenia.
- Co się stało? - zapytała, choć przecież chłopak dość jasno wyraził jej swój problem. - ...niestety nie widziałam Karla... - akurat imię szopa kojarzyła. Zboczenie zawodowe, że imiona zwierząt kojarzyła lepiej niż ludzi. Widziała jednak, że mężczyzna był w kiepskim stanie i wyraźnie przejął się potencjalnym zniknięciem swojego zwierzęcego towarzysza. Ostatecznie takie pytania zadawali ludzie, którzy właśnie kogoś szukali BO ten ktoś się zgubił. Momentalnie rozejrzała się po okolicy, jak gdyby mając nadzieję, że szop zaraz uśmiechnie się do niej z drugiej strony ulicy i pomacha łapką. - ...wszystko w porządku? Spokojnie, na pewno wszystko będzie okej. Kiedy ostatni raz go widziałeś? Pokłóciliście się? - może była trochę bezpośrednia ze swoim pytaniem, ale tu chodziło o życie i zdrowie zwierzęcia, nie było czasu na konwenanse. Poza tym to była Margaret. Ona nigdy nie była specjalnie dobra w takie klocki.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Informatorzy mają to do siebie, że często się dematerializują albo umierają. Tak było ze znajomym Arthura, z którym umówił się na ulicach Isogo, a który to znajomy w ostatniej chwili wziął i znikł, nie odbierając telefonu. Wściekły Arthur czekał na niego prawie dwie godziny, ale w końcu otrzymał sms, z którego wynikała absolutna nietrzeźwość tej kanalii. Cóż przydatnego można byłoby wyłapać z pijackiego "posdrafiam z. kafe nad morzem art"? Zirytowany postanowił się przejść po mieście - może dowie się czegoś ciekawego albo natrafi na innego znajomego? Ostatnio miał jednak pecha - informator mu wyzionął ducha w fabryce, ten znowu się upił, inny dostał biegunki w ostatniej chwili przed spotkaniem...Zaiste, był skłonny uwierzyć, że prześladuje go jakiś specyficzny rodzaj klątwy. Snuł się tak z papierosem w ustach i zawiniętym w papier lizakiem w dłoni, starając się nie wzbudzać podejrzeń, gdy nagle zauważył co najmniej dziwną sytuację. Cóż to było, spytacie: otóż gustowna blondynka, której uroda sprawiała, że w Rimbaudzie budziło się czysto artystyczne umiłowanie piękna, z zaniepokojeniem rozmawiała z jakimś bliskim rozpaczy i łez mężczyzną o całkiem sporym wzroście. Zaciekawiony do najwyższego stopnia Arthur zgasił szybko camela, zerwał opakowanie z lizaka (jak głosił napis, był on o smaku truskawkowym) i podszedł do niezwykłej pary. Im bliżej się znajdował, tym słyszał więcej - udało mu się więc wyłapać piękne w swej europejskości imię Karl, które wypowiedziała nieznajoma.
-Excusez-moi, madame, monsieur...-odezwał się z zaciekawieniem, ale i z niepokojem w głosie. -Może mógłbym w czymś pomóc? Pan chyba kogoś szuka...
Podrapał się z zakłopotaniem w potylicę, wolną ręką umieszczając lizaka w ustach. Z przyjemnością stwierdził, że i tym razem miał szczęście trafić na swój ukochany smak truskawkowy. Choć było dość zimno, Arthur nie narzekał - fioletowy szalik bronił jego szyi przed chłodem niczym lud francuski Bastylii, do tego miał na sobie ciepłą kurtkę, tak więc nie narzekał. Stanął w odpowiedniej odległości od dwojga ludzi, przyglądając im się ciekawie, a jego usta wygięły się w sympatycznym uśmiechu, mającym znamionować gotowość do pomocy.
Powrót do góry Go down
Czlonek Klubu
Liczba postów : 154
Join date : 07/10/2016
avatar
Z jednej strony z ulgą przyjął to, że zwrócił na siebie uwagę dziewczyny, jednak z drugiej uświadomił sobie, że będzie musiał sobie radzić z atencją innej żywej istoty niż Karl. Ponadto w kolejnej chwili pojawił się jeszcze obcy mężczyzna, który zaczął mówić do nich w języku, którego Poe w pierwszej chwili nie skojarzył. Chciał już zrzucić winę na stres, że nie rozumie japońskiego lub angielskiego, jednak wtedy uświadomił obie, że jest to francuski. Dłuższy moment tkwił w bezruchu, nie wiedząc, co powinien zrobić. Czuł, że należy już kontynuować temat jeśli go zaczął, jednak ogarniało go coraz większe zażenowanie i strach niż się spodziewał. Jego oddech był szybki i urywany, chociaż sam Poe nie był zmęczony, zaś oczy - czego przez włosy nie było widać - zaszkliły się nieznacznie. 
- Och... Ja... Mój przyjaciel się zgubił... - Powtórzył, by mężczyzna mógł go usłyszeć. Nie wyglądał Edgarowi na kogoś z tych okolic, a pierwsze skojarzenie z użytkowaniem przez niego francuskiego, zakładając, że był to jego pierwszy język, to Kanada, Francja lub Szwajcaria. Wymowa zdawała się pisarzowi dość ładna, jednak jeżeli takie były, to nie dostrzegał różnic między sposobami akcentowania w tym języku, zależnych od pochodzenia. Przyglądał się kolejny moment blondynowi z lizakiem i słodkość z kolei nasunęła mu wniosek, jakoby ten chciał pozbyć się woni papierosów przez maskowanie jej cukierkiem o intensywnym, owocowym zapachu. Włosy jegomościa nie zdawały się farbowane, jednak to nijak nie pomagało Poemu w zidentyfikowaniu jego pochodzenia i... I skarcił się w duchu za to, że znowu dał się ponieść zmysłowi detektywistycznemu, który nakazywał mu interpretować wszystko w swoim rozmówcy i jako, że Margaret już jako tako znał, padło na obcego. 
- Nie... Nie kłócimy się... - Zaprzeczył, kręcąc lekko głową i zaciskając oczy. Cała sytuacja była dla niego niesamowitym stresem i wiedział, że jak pozwoli mu przejąć nad sobą kontrolę, to będzie już tylko gorzej i gorzej. 
- To tylko... To... Karl usłyszał hałas... zabrał ciastko i... i on zawsze zajada strach! I uciekł daleko i nie wiem, gdzie jest... - Pokręcił głową, chcąc odepchnąć od siebie kolejną falę paniki. - Był tu jakoś... Piętnaście minut temu i... I co ze mnie za detektyw, ojej... - Głos Poego łamał się; Karl był jedyną cielesną podporą dla niego na tym świecie, zaś niematerialną była zemsta na Ranpo. Jeśli nie miał Karla, nie da rady stanąć przed swoim Nemezis i to tym bardziej go dobijało. 
- Um... Jeśli chce pan, to... Nie widzę przeszkód... - Zdobył się na bardzo blady cień uśmiechu, skierowanego do nieznajomego. - Edgar Allan Poe... - I jak zwykle pierwszy człon nazwiska wypowiedział ciszej. Nie lubił wracać myślami do człowieka, od którego go nosił. 

_________________

U W A G A
Carlo słabo mówi po japońsku. Tekst pisany błędnie oznacza, że chłopak posługuje się japońskim. Poprawny język oznacza mowę po angielsku lub włosku.


aktualna lokalizacjagłos#a67d3d - kolor mg


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość
Lucky! Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie widząc nowego człowieka na arenie zdarzeń, który sprawił, że życie stało się o wiele łatwiejsze! To właśnie dzięki niemu Edgar zmuszony był do wypowiedzenia swojego imienia i nazwiska, a dzięki temu Margaret nie wyszła na osobę, która ot tak zapomina sobie ludzi, jeśli Ci nie pozostawili na niej zbyt dużego wrażenia! Uśmiech na jej twarzy kompletnie nie pasował do sytuacji, dlatego szybko postarała się go pozbyć, a następnie spojrzała na Arthura i uniosła w jego kierunku piąstkę z kciukiem uniesionym do góry, wyraźnie dając mu znać, że wykonał dobrą robotę. To, że mężczyzna mógł niekoniecznie zrozumieć o co chodziło to inna kwestia, którą głowy już sobie nie zaprzątała.

Następnie odwróciła się w kierunku samego Edgara i położyła mu ręce na ramionach, nawet jeśli musiała robić to stając na palcach, jak jest potrzeba, to jest i rozwiązanie. No i gdy już stała na palcach to ręce na ramionach drugiego mężczyzny starały się trochę go "docisnąć" do ziemi, tak by za długo w tej niewygodnej pozie stać nie musiała i to on się ugiął. W końcu jemu łatwiej, a ona zbyt przyzwyczajona chyba była do bezpośredniego działania zamiast pytania i proszenia.
- Zobacz Edgarze, jak idealnie! Co trzy głowy to już hydra, a hydry są nie do pokonania. Ewentualnie w rzadkich przypadkach gdy pojawia się bohater z magicznym mieczem, ale tu takiego miecza nie ma bo to Japonia i nie wolno po ulicy chodzić z mieczami na wierzchu, haha! Znajdziemy Karla w trymiga! - uśmiechnęło się dziewczę i zaśmiało głośno, widać było już po niej, że totalnie wierzy w to, że wszystko będzie okej i nie będzie problemu. Pewność siebie, o tak. Następnie odwróciła się w kierunku Arthura i zupełnie podobnie położyła mu ręce na ramionach. - Idealnie, że pan tu jest, każda pomoc się przyda. A więc, jak myślisz co powinniśmy zrobić? - przeszła od razu do rzeczy? Może nowy mężczyzna okaże się posiadać jakąś magiczną moc wyszukującą zwierzęta? Wtedy zostanie bardzo przez dziewczynę doceniony. I to wcale nie tak, że chciała na niego zrzucić całą odpowiedzialność za działanie, ale była po prostu ciekawa jego zdania i pomysłu.

- A, nazywam się Margaret Atwood~! - dodała jeszcze, zabierając już ręce i przeczesując nimi własne włosy, by odsłonić oczy spod fali tychże, które mogły opaść na czoło, przy wszystkich tych ruchach. O tak.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Zakłopotany Arthur zarumienił się lekko. Skłonił głowę zarówno przed nowym znajomym, jak i przed wielce bezpośrednią dziewczyną, chcąc wyjść na uprzejmego człowieka, jednakże kompletnie nie rozumiał, o co jej chodziło. No po prostu nie ogarniał tej dziewczyny. O co jej niby chodziło z tymi gestami? I to nadzwyczaj przyjazne, acz równocześnie i bardzo hm...otwarte położenie dłoni na jego ramionach...Sam nie wiedział, co ma o tym myśleć.
-Bardzo mi miło hm...cię poznać, Margaret, i pana, panie Poe-wciąż zostawał na stopie oficjalnej z Poem, bo i nie rościł sobie specjalnych praw do poufałości; o ile dziewczyna sama niejako to zaproponowała, o tyle mężczyzna wyglądał tak, jakby miał wyzionąć ducha tylko dlatego, że otaczały go dwie osoby. Jeśli był na tyle nieśmiały, to lepiej było go nie przerażać nagłym przejściem na "ty"...zwłaszcza, że nazwisko Poe gdzieś tam Arthurowi majaczyło, na zasadzie "a ja, coś było, ale nie wiem, gdzie, co, jak i kiedy". I nie były to najprzyjemniejsze pod słońcem skojarzenia.
Piętnaście minut. Tyle czasu upłynęło od zniknięcia szopa, który nawiał wraz z ciasteczkiem (jak mógł być tak okrutny wobec swego właściciela?!). Potrzebował tylko jeszcze jednej informacji...Szybko wysunął telefon, po czym otworzył sobie w Google Maps mapę Yokohamy. Mogła bardzo się przydać przy poszukiwaniach - nie, żeby nie znał miasta, ale zawsze bezpieczniej mieć jakiś odnośnik (nawet elektroniczny), aby nie zgubić się tak jak ten nieszczęsny stworek.
-Eh bien, mówi pan, że zaginął piętnaście minut temu i uciekł, spłoszony hałasem...-przygryzł wargę, spoglądając na mapę. Kwadrans mógł wystarczyć, żeby przerażone zwierzę zwiało gdziekolwiek, względnie wpadło pod jakiś samochód czy coś...Z biednym Karlem dziać się mogło dosłownie wszystko, nie chciał jednak zwierzać się z tych myśli, aby nie przerażać i bez tego spanikowanego właściciela o aparycji Guliwera wśród liliputów. -Monsieur Poe, czy byłby pan łaskaw powiedzieć mi, gdzie dokładnie się pan znajdował wraz z Karlem, gdy usłyszał on ten hałas? Musimy wrócić na to miejsce i stamtąd zacząć poszukiwania. Możliwe, że będziemy musieli się rozdzielić, aby go znaleźć, powinniśmy się jednak spieszyć. Oszczędźmy biedakowi rozłąki z panem...Po drodze kupimy mu więcej ciasteczek. Panno Atwood, czy sądzi pani, że słodycze mogą zwabić Karla? Ja, niestety, nie mam zielonego pojęcia o szopach i ich zwyczajach...
Tu uśmiechnął się delikatnie i podrapał się w potylicę. Wyglądało na to, że o ile bardzo chce pomóc, o tyle wygląda na skonsternowanego niewiedzą. Pierwszy raz chyba w jego karierze zdarzyło się, że Arthur czegoś nie wiedział, a Google - co chwilę gubiące zasięg - nie raczyło mu dopomóc w tej kwestii.
Powrót do góry Go down
Czlonek Klubu
Liczba postów : 154
Join date : 07/10/2016
avatar
Nieco podkulił nogi, gdy Margaret położyła dłonie na jego ramionach, nawet nie tyle z powodu chęci ułatwienia jej tego, co raczej z braku siły by się postawić. Doceniał, że kobieta chciała go zmotywować do wzięcia się w garść i rozpoczęcia bardziej zorganizowanych poszukiwań Karla. Pokiwał niemrawo głową na jej słowa, nie do końca pojmując metaforę z hydrą... Ale jeśli miało zadziałać, to czemu nie?
- Och... D-dobrze.. A on... Siedzieliśmy na tej ławce i jedliśmy ciastko. O tu... - Ruchem głowy wskazał na ławkę nieopodal, tuż przy budce z ciastkami. Poczuł, jak na nieprzyjemne wspomnienie zaczyna mu się kręcić w głowie, toteż od razu odwrócił od siedziska wzrok. 
- On lubi słodkości i wszystko, czego nie powinien jeść... - Dodał szeptem, niepewnie spoglądając na towarzystwo. - A-ale jest coś, co powinniście wiedzieć..! On nie chodzi na zewnątrz sam i jak już się zawieruszy, to zaczyna się bać... A... A strach budzi u Karla agresję i... i może ugryźć... a-ale... ale nie jest wściekły, mam na to papierek, gdyby trzeba było! I... Ojej, to Karl! - Wskazał dłonią widoczny jeszcze skrawek szarego, puszystego ogona, który znikał w ciemnym, wąskim zaułku. - I... OJEJ, TO TEŻ KARL! - Drugą ręką machnął w przeciwnym kierunku, gdzie identyczny ogon wkroczył do jakiegoś lokalu z fast foodami. Dłonie Poego, gdyby zwrócić na nie większą uwagę, zaczęły drżeć, zresztą jak reszta ciała pisarza. Mężczyzna opadł na ławkę i zrobił wystraszoną minę, pobladł znacznie (o ile było to jeszcze możliwe) i przez dłuższy moment milczał.- J-ja chyba... Nie dam rady... P-poczekam tu, może wróci... M-m-mogę na was liczyć..? Najłatwiej byłoby rozdzielić się... - Wybełkotał, jąkając się. Widać po nim było, że sytuacja przerasta go i nie da rady się ruszyć z miejsca.


Do wyboru do koloru - ścieżka pierwsza lub druga. Nie piszcie, że zobaczyliście konkretnie Karla - po jednej stronie na pewno nie jest on. Co się tam kryje - zobaczymy. Więcej wskazówek w kolejnej turze. 

_________________

U W A G A
Carlo słabo mówi po japońsku. Tekst pisany błędnie oznacza, że chłopak posługuje się japońskim. Poprawny język oznacza mowę po angielsku lub włosku.


aktualna lokalizacjagłos#a67d3d - kolor mg


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość
Hoho, pan przybyły zabrał się do sprawy rzeczowo, że aż Margaret przyklasnęła w dłonie w swoistym geście aprobaty. O tak, zdecydowanie powinni byli działać, a nie gadać, więc sama z werwą i optymizmem powitała konkretne działanie i konkretne planowanie. Nie miała w naturze walczenia o przywództwo w grupie, czuła się więc dobrze z podążaniem za sensownie wyłożonym planem z którym się w gruncie rzeczy zgadzała - kiwała więc miarowo głową na słowa mężczyzny, co mogło trochę wyglądać jak gdyby aprobowała jego pomysły niczym nauczyciel odpowiedzi ucznia. Co rzecz jasna w ogóle jej do głowy nie przyszło, ale wyglądać, w istocie, tak mogło.

Nie zdążyła nawet odpowiedzieć w kwestii słodyczy, gdy odezwał się sam Poe i rozwiał wszelkie wątpliwości. Najprościej było faktycznie zapytać właściciela/opiekuna zwierzaka, a nie tylko posługiwać się generalną wiedzą na temat gatunku. Margaret do zwierząt podchodziła ostatecznie jak do ludzi, więc nie było dla niej niczym dziwnym, że np. jeden kot wolał kanapę na swoje legowisko, a drugi powierzchnię klawiatury laptopa. Tak to już było, że każda istota na świecie miała jakieś swoje preferencje. Życie.
- Nie pozostaje nic innego jak posłuchać słów właściciela. Aczkolwiek mam nadzieję, że jest odpowiednio pilnowany z tym jedzeniem... - zmrużyła oczy, patrząc badawczo na Edgara. Na razie zamierzała nie wnikać w to czy szop zajada rzeczy, które mogłyby skrócić jego pobyt na tej ziemi, ale pewnie wróci do tego faktu nieco później. Jak już zobaczy szopa i oceni jego stan.

A potem nastąpił tak zwany "Matko-Boska-Cud-Rozdwojenia", w skrócie MBCR. MBCR udał się w dwie różne strony, a Margaret szybko postanowiła przeanalizować w swojej głowie czy szopy miały zdolność rozdwajania się ot tak. Po szybko wysnutym wniosku, że jednak nie, a narodziny nowego jednak trochę trwały uznała, że nie ma co - jeden z nich był nie tym za kogo był brany, co nie zmieniało jednak, że oba tropy należało zbadać tak samo. Wiedziała już, że Poe nie pomoże w tym szukaniu i szczerze mówiąc - miała mu to za złe. Ona nie zamierzała odpuścić, ale jeszcze zanim wzięła się do roboty popatrzyła na "zleceniodawcę" surowym wzrokiem, z gatunku tych, które rzadko u niej gościły. - Twój przyjaciel znikł, a ty... - zamilkła jednak nie kończąc zdania. Nie było sensu w tym momencie tego roztrząsać. Mężczyzna pewnie i tak zrozumiał co miała na myśli.

Odwróciła się w kierunku drugiego z mężczyzn by dać mu znać, że zajmie się jednym z tropów, podczas gdy on powinien drugim i dopiero wtedy zrozumiała, że mężczyzna się nie przedstawił. Albo co gorsza - zrobił to i ona już o tym zapomniała. By wybrnąć z tej niecodziennej sytuacji Margaret wskazała najpierw kciukiem na siebie, a potem na fast-food, następnie zaś na Arthura i na drugie z miejsc. W ten nieco tajemniczy sposób, rodem z filmów szpiegowskich rozdysponowała role, a następnie z cichym, przyjemnym i radosnym śmiechem pognała w stronę fast-fooda. Jak znajdzie Karla to przy okazji zamówi sobie coś do jedzenia, jako nagrodę za dobrą robotę, o.
Powrót do góry Go down
Czlonek Klubu
Liczba postów : 154
Join date : 07/10/2016
avatar

Po wkroczeniu do lokalu Margaret w pierwszej chwili nie mogła dostrzec szopa. Cała główna lada była oblegana przez jakąś wycieczkę szkolną w wieku najwyżej gimnazjalnym; dzieciaki, jak to już mają w zwyczaju, nie mogły zdecydować się na nic konkretnego i bezustannie przeszkadzały innym klientom swoim hałaśliwym zachowaniem. Po lewej, przy stoliku, znajdowała się matka z dzieckiem w wózku, bardziej jednak zajęta przeglądaniem internetu w telefonie, niż własnym dzieckiem. Przy zielonym wózku, to jest na dole, można było dostrzec jakiś ruch, jednak... Czy należało temu zaufać? Równie dobrze mogła to być zabawka, a nie sam Karl. Po prawej stronie lokalu z kolei również dało się dostrzec coś wyraźniejszego - szary ogon, który zaraz schował się za dużą, czarną torebką jakiejś nastolatki, tuż przy jej nodze. Sama końcówka ogona wystawała zza torby, jednak nie poruszała się. Możliwe, że Karl pałaszował właśnie frytkę, która spadła nastolatce.


Jakby co nie czekaj na Arthura, bo i tak się rozdzielacie. I nie pisz, że postać zobaczyła dokładnie szopa. Nie ma tak łatwo. >D

_________________

U W A G A
Carlo słabo mówi po japońsku. Tekst pisany błędnie oznacza, że chłopak posługuje się japońskim. Poprawny język oznacza mowę po angielsku lub włosku.


aktualna lokalizacjagłos#a67d3d - kolor mg


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość
Skoro Karl lubił słodycze, to wiele to ułatwiało. Arthur spojrzał jeszcze raz na mapę, żeby zapamiętać nazwę ulicy, na której obecnie się znajdowali, po czym chrząknął. Straszliwie nieśmiały gość z tego właściciela, ma agorafobię czy co? Ewentualnie jakąś inną fobię, która skłania go do paniki przed ludźmi? Westchnął. Zdał sobie sprawę, że się nie przedstawił, wolał jednak na razie nie afiszować się ze swoim nazwiskiem. Lepiej byłoby, by go na razie nie rozpoznano. Incognito pracowało się zdecydowanie wygodniej. Ponieważ lękliwy właściciel został skarcony wzrokiem przez czarującą damę o złotych włosach, Rimbaud poczuł się w obowiązku jakoś zareagować.
-Z całym szacunkiem, mademoiselle, ale wydaje mi się, że pan Poe potrzebuje odpoczynku, gdyż jest zbyt przerażony rozstaniem ze swym ulubieńcem.-zauważył ze stoickim, godnym szkoły filozofów spokojem. Przyjął jej dyspozycje krótkim skinieniem głowy, po czym spojrzał na bladego niczym duch Edgara. Nie chciał, by przez nadmiar kontaktu z istotami ludzkimi nieszczęsny wielkolud przeobraził się faktycznie w ducha, toteż powiedział z uśmiechem:
-Proszę usiąść tam na ławce albo w tamtym lokalu i poczekać na nas, a my pójdziemy szukać Karla. I proszę się nie obawiać, pański towarzysz szybko do pana wróci.
To rzekłszy, skierował swe szybkie, sprężyste kroki w inną stronę niż Margaret, tym szybciej, że chwilę temu zobaczył...COŚ. A nawet dwa cosie, które to cosie mogły być zarówno zaginionym szopem, jak i zwykłym złudzeniem optycznym. Drogą eliminacji należałoby stwierdzić, że przynajmniej jedno z dwojga "detektywów" szukających tego zwierzaka musi się mylić - i całkiem realnie dopuszczał możliwość, że to właśnie jemu coś się uwidziało. Arthur nie byłby jednak Arthurem, gdyby tego nie sprawdził, ruszył więc w stronę zaułka, w którym zniknęło dziwne, rozdwojone indywiduum. Może Karl miał zamiar wziąć pod uwagę śmietniki? Tak, należałoby się temu przyjrzeć. Gdyby jednak jakimś cudem pomylił szopa z kotem (albo, o zgrozo, z innym zwierzęciem), wycofa się i obmyśli jakiś inny plan.
W zaułku powitał go niezbyt przyjemny zapach śmieci, ogólny brud, smród, nędza i ubóstwo. Gdyby gdzieś z ciemności wyłonił się jakiś bezdomny i poprosił Arthura o jałmużnę, ten zapewne skrzywiłby się, że mu się przeszkadza, ale jako istota o dobrym sercu rzuciłby te parę jenów proszącemu - chwilowo jednak nikt mu nie przeszkadzał, mógł więc iść dalej w poszukiwaniu straconego Karla. Rozglądał się uważnie na wszystkie strony, czasami zawołał zwierzę po imieniu...Wtem jego uwagę przyciągnął jakiś podejrzany ruch wśród śmieci, które poniewierały się na końcu uliczki. Że też nikt z tym nic nie robi...
Zaczął się zbliżać do tego czegoś, co rysowało się z każdym krokiem coraz wyraźniej, spokojnie i z opanowaniem niczym polujący Apacz. Gdyby Winnetou przyglądał się jego ruchom, zapewne przyklasnąłby z uznaniem - z tym, że po chwili nasz Francuz został zaatakowany przez zwierzynę! Warczeniu Karla, piskowi i szybkości, z jaką skoczył wprost na informatora, odpowiedziało wyjątkowo głośne i bardzo europejskie przekleństwo. Na szczęście w tej chwili pojawił się właściciel Karla, który uwolnił Rimbauda od tego futrzastego stworka, a nawet okazał mu informację o aktualności szczepienia na wściekliznę! Cóż za oryginalny...ale i uprzejmy człowiek.
-Ce n'est pas de probleme, monsieur Poe, to była czysta przyjemność - odpowiedział z uśmiechem na podziękowania dziwnego mężczyzny w jeszcze dziwniejszym fraku. Nie żałował tego spotkania, co więcej, był z niego zadowolony. A urocza Margaret, która wyglądała na nadzwyczaj energiczną kobietę (aczkolwiek nie kwalifikowała się do tych, które Rimbaud określał jolie femme), wzbudziła w nim na tyle duże zainteresowanie, że postanowił się bliżej przyjrzeć jej osobie.
Ta sprawa musiała jednak poczekać, gdyż blondyn zaraz po tym, jak pożegnał swych nowych znajomych, został porwany przez swego starego znajomego na piwo. Nie, żeby Arthur na to narzekał.
Doprawdy, pomyślał, odchodząc w swoją stronę uliczkami Isogo, szopy to bardzo interesujące stworzenia.

Z/T
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
//Tak swoją drogą, ja nie miałbym nic przeciwko temu, żeby poszedł za moją postacią, ale zrobię jak się ode mnie wymaga i tak też napiszę ;).

Margaret nie tylko w stosunku do zwierząt, ale też w stosunku do ludzi zachowywała sporą życzliwość. Ostatecznie bowiem ludzie też byli zwierzętami, takimi trochę bardziej subtelnymi i wygadanymi, ale wciąż zwierzakami, dlatego o ich dobro też czasem należało zadbać. Nie przeszkadzał jej za bardzo gwar jaki panował w restauracji z uwagi na dzieciaki - takie ich prawo, jedyny czas by się wyszumieć mieli teraz, poza tym sama Margaret czasem bywała głośna więc nie zamierzała wychodzić na hipokrytkę czy coś w ten deseń. Dzieciaki niech się bawią. Zachowanie matki jednak nie do końca się jej podobało, dlatego postanowiła upiec dwie pieczenie na jednym różnie i podejść do kobiety testując zarówno czy w pobliżu nie ma Karla, jak i reakcje mamusi.

Gdy była już na tyle blisko by móc dokładnie zajrzeć i zobaczyć co się takie dzieje przy wózku i czy to faktycznie szop czy też nie, postanowiła odezwać się w kierunku mamy dzieciaka używając do tego celu zdecydowanie przegiętego aktorskiego krzyku!
- O MÓJ BOŻE, TEN WÓZEK SIĘ PALI! -
Dlaczego akurat tak? A, bo chciała sprawdzić czujność matki i czy w ogóle ta widziała co działo się z jej pociechą. Mimo wszystko powinna była przecież zwracać uwagę na to co dziecina robi, a jeśli tak to pewnie ochrzaniłaby Margaret i uznała za czubka, ale nie była specjalnie przejęta faktem "pożaru" (bo wiedziałaby, że takiego nie ma). Oczywiście w tym czasie Margaret sprawdzała już czy faktycznie "coś" było szopem, a jeśli tak faktycznie było, to momentalnie pochylała się przy nim - nie przejmując się kompletnie matką - i z uśmiechem wystawiała delikatnie w jego kierunku łapkę. Cicho tylko rzuciła imieniem szopa, najpierw chcąc zdobyć jego zaufanie.

Gdyby to jednak nie był szop dziewczyna zamierzała przepchnąć się w kierunku drugiego punktu, który także był podejrzany. Trzeba sprawdzić wszelkie zakamarki. Oczywiście gdy trzeba było rzucała "przepraszam" i ogólnie starała się omijać tłumy aż do momentu dojścia do "frytki". Ostatecznie nie musiała nawet zabierać czasu nastolatce i mogła spokojnie tylko sprawdzić czy rzeczony "coś" jest Karlem oglądając "coś" z boku.
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Ulice
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Ulice NYC
» Ulice
» Ulice
» Bronx - Ulice
» Ulice

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Stray Dogs PBF :: Yokohama :: Isogo-
Kody oryginalnego stylu forum stworzone przez Okhmhakę. Obrazki użyte na forum nie są własnością administracji; zostały jedynie przystosowane pod forum. Jeśli jesteś autorem któregoś z nich i nie życzysz sobie, by był na forum, skontaktuj się z administracją.
If we used your art and you feel uncomfortable with it, contact Chuuya.