Share | 
 

 Pub

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next
Admin
Liczba postów : 70
Join date : 26/09/2016
avatar

Mały, dość podrzędny pub mieszczący się między dwoma sporymi sklepami, jakby wciśnięty między nie. Dość ciemne pomieszczenie z zaledwie jednym, przyciemnianym oknem, oświetlony dużymi, jednak nie dającymi wiele światła lampami. Barek stojący w rogu jest dość bogaty, dostanie się tam wszystkie popularniejsze trunki oraz kilka autorskich drinków. Kontuar może się nie błyszczy, ale nie jest też bardzo brudny, podobnie jak stoły wycierane kilka razy dziennie, w zależności od ruchu. Owych stołów jest kilka, zarówno małe dwuosobowe, jak i większe na sześć czy siedem osób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://straydogs.forumpolish.com
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
Miał teraz definitywnie dobry humor i raczej nie było większych szans na to, by się zepsuł. Drogę do Isogo przebył na piechotę, ze słuchawkami w uszach i krokiem dość niespiesznym. Noc miała jeszcze kilka godzin, a on był przygotowany na spędzenie jej w jednym z pubów w mieście i nawet sobie upatrzył jeden konkretny. Czasami bywał w tym miejscu z Tachiharą, Kajiim i Hirotsu, zaś nawet sam barman podobno przyzwyczajony był do tego, że młody mężczyzna narzekał tu na swojego byłego partnera przy każdej możliwej okazji. 
W końcu, dotarłszy na miejsce, zdjął płaszcz i zarzucił go jak zwykle, gdy temperatury były wyższe, na ramiona. Szalik z szyi również odwinął, zatykając go zaraz do rękawa, by nie zapodział się podczas pobytu w pubie. Jako, że był tu już w zasadzie stałym bywalcem, nie bywał legitymowany; dziś wyjątkowo nie miał jednak ochoty na wino, zaś jego typem została wiśniówka, do której domówił sobie szklankę coli, by aż tak go nie złapało... Przez pierwszych kilka minut przynajmniej. Tak oto, z naczyniami i butelką o pojemności pół litra czerwonego trunku, ruszył do jednego ze stolików; nie uśmiechało mu się tego dnia siedzenie przy ladzie, gdzie zwykle siadał ze swoimi towarzyszami. 
Tamże usiadł i zaczął po prostu raczyć się alkoholem, który szybko zaczął palić jego gardło przyjemnym ciepłem, zaś kolejne kieliszki wchodziły w niego o wiele łatwiej niż pierwszy. Szybko utracił na trzeźwości i było to dość gwałtowne, dlatego też postanowił nieco przystopować z piciem. Nie miał kto go zaprowadzić do domu, a nie uśmiechało mu się zasypianie na stole w takim miejscu. Ostatecznie uznał, że nie ma mowy o dalszym popijaniu i po prostu chwilę siedział na miejscu, chcąc doprowadzić się do stanu, w którym będzie mógł stąd wyjść i może nawet nie przyśnie po drodze do domu. 
Kelnerka pomogła mu uregulować rachunek, a on byłby faktycznie posiedział tu jeszcze trochę, gdyby nie fakt, że dostrzegł za oknem jakąś dość znajomą sylwetkę. Smukły mężczyzna, bardzo wysoki jak na japońskie standardy, ciemne, czekoladowe oczy i w podobnym odcieniu włosy... I ten płaszcz, zza rękawów i kołnierza którego wystawały paskudne bandaż. Warknął jego nazwisko w swoim mniemaniu pod nosem, w istocie zaś dość głośno, uderzył dopełnioną w międzyczasie szklanką z colą w stół. Opróżnił naczynie, ignorując utrudniający picie gaz i z zarzuconym na ramiona płaszczem wylazł z lokalu, zataczając się przy tym; w końcu jednak dotarł do swojego celu, który minął właśnie wspomniany pub. 
- Dazaaaai! - Bełkotliwie wykrzyknął Nakahara, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Przy tym, gdy mężczyzna obejrzał się lub chociaż przystanął, dotarł do niego, ostatecznie jednak oparł się o ścianę jednego z budynków, wiedząc, że nie ustoi zbyt długo o własnych siłach. 
- T-ty.. Ty! - Warknął, wytykając go oskarżycielsko palcem i gniewnie tupiąc nogą, jak przystało na prawdziwą mahou shojo. - TY CHOLERNY... cholerny zdrajco...! - Tak, miał zamiar właśnie w tej chwili wszystkie grzechy, które Dazai popełnił wobec Chuuyi, z naciskiem na opuszczenie Mafii już około czterech, może nawet i bliżej pięciu lat temu. 
- T-ty... Dazai... - Głos nieco zadrżał. Czyżby jednak udało mu się przywołać jakiekolwiek pozytywne wspomnienia z jego partnerem? Nie, to chyba tylko formował się w jego głowie pretekst, by potraktować go źle i poniżyć! Zamroczony, pijany umysł mafiozy wykreował pewien plan. 
- Masz wobec mnie dług, dupku. - Powiedział wyzywającym tonem. - Zostawiłeś mnie... Po tej cholernej ośmiornicy. - Przypomniał mu ganiącym tonem. Starał się wymazać z myśli to, że obudził się z wytartą z krwi twarzą i z ułożonymi w kostkę ubraniami tuż obok siebie samego. 
Nie udało się. 
- To teraz... Teraz masz mnie wziąć w bezpieczne miejsce. - Oznajmił z dumą, bezwstydnie. Oczywiście, że chciał poniżyć Dazaia i użyć go jako podnóżka w tej chwili. Na pewno nie chodziło o to, że chciał, by choć przez chwilę było tak, jak dawniej. I na pewno nie wyglądał teraz tak, jakby miał zemdleć lub zwrócić wszystko, co dziś zjadł właśnie w tej chwili. 
// lololol, ten post jest tak zły. Ale jak nie pójdzie teraz to nigdy. Pisz jeszcze tu, o przenoszeniu się pomyślimy w trakcie. 

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Wracał z fabryki, cały czas wahając się między szybkim zwróceniem telefonu do Agencji, a zajściem do jakiegoś baru. Czuł, że potrzebuje się napić, jednak informacje również brzmiały jak coś ważnego. Walcząc ze sobą, szedł w bliżej nieokreślonym kierunku,jakby jego nogi nie wiedziały, czyjego zdania słuchać. Nie żeby mu to specjalnie przeszkadzało. W końcu nie miało znaczenia, gdzie ostatecznie dojdzie.
Gorzej, że ciało było sterowane autopilotem, zupełnie bez udziału świadomości, która krążyła wokół zagadki śmierci informatora. A nogi bez kierownictwa niosły go w miejsca, w których niegdyś najczęściej bywał. I które znał nie tylko on. Nie myślał o tym, gdzie jest - znał drogi, musiał znać, patrząc po tym, ile się swego czasu kręcił po mieście, trzeźwy bądź nie. Nie chciał wspominać owych dawnych lat, czy to gdy jako nastolatek wykonywał misje dla mafii, czy później,gdy bezrobotny zatruwał się alkoholem, by uciec. A jednocześnie owe wspomnienia wciąż nie chciały dać o sobie zapomnieć, powracały do niego w snach i na jawie. Można powiedzieć, że już przywykł do ich stałej obecności... co nie znaczyło, że chciał dać im przejmować kontrolę nad jego ciałem.
Wolał nie wracać w znane mu dawniej miejsca. Mógł się tam natknąć na starych znajomych, których wcale nie chciał spotkać.
I rzecz jasna musiał akurat spotkać kogoś, kogo najmniej na świecie chciał widzieć.
Stanął i odwrócił się, słysząc swoje nazwisko. Nie musiał co prawda się oglądać, i tak od razu poznał, do kogo należał ów głos. Słyszał go tysiące razy, w tym przynajmniej połowa tego to było właśnie wołanie go ze złością czy pretensją. Niechętnie spojrzał na swojego byłego partnera ledwo wychodzącego z baru. Wystarczył ułamek sekundy, by poznać, w jakim ten był stanie. Westchnął w duchu, choć jego twarz pozostała niezmieniona. Ze wszystkich ludzi, czemu akurat Chuuya? Głos z tyłu głowy, że obaj znali te same bary, gdzie niegdyś razem się upijali, wcale nie pomagał.
- Że ja? - spytał niewinnie z uśmiechem i pustymi oczami, wskazując się ręką, w podpowiedzi na ciągłe powtarzanie "ty", w kółko i w kółko. Niefrasobliwy wyraz twarzy był już jego naturalną maską, w której założenie niemalże nie wkładał żadnego wysiłku. Nawet jeśli w środku był cały spięty, słysząc głos i jego drżenie tego małego rudzielca.
- Dług? Mam? - ciągnął wciąż owym zaskoczonym, pogodnym tonem, nie spuszczając oczu z kapelusznika. - Ojej, Chuuya nadal mi ufa, że tym razem wezmę go do domu? - Uśmiechnął się promiennie do niego, ignorując ból w klatce piersiowej. Czemu ten irytujący petit mafia wciąż mu ufał, mimo wszystkiego, co zrobił, by owo zaufanie zniszczyć? - Powiedziałbym, że to miejsce jest całkiem bezpieczne, ale w twoim stanie to chyba tylko własne mieszkanie do nich należy. - Zlustrował go od stóp do głów, podpartego o ścianę, pijanego w sztok, chwiejącego się na nogach. Powoli chyba zaczynał się przyzwyczajać do kłucia w klatce piersiowej, choć wcale nie było przez to mniej nieprzyjemne. - Ale patrz, jestem nowym, lepszym człowiekiem, mogę cię podwieźć, jak dasz mi kluczyki do swojego... och nie, to chyba nie wyjdzie, prawda, ślimaku~? - Nieustannie wyginał usta w uśmiechu. Musiał się w końcu ostatecznie oddzielić od byłego partnera. Jakich ran by mu właśnie nie zadawał... i tak będą mniejsze, niż jeśli ten wciąż będzie w nim pokładał jakieś zaufanie. - Jak chcesz wrócić? Pieszo? Zrób sto metrów, a się przewrócisz. Spójrz na siebie, Chuuya~ Widzę twój problem z alkoholem pozostał niezmieniony. Co dziś oblewałeś? - Zbliżył się do niego o kilka kroków, by móc patrzeć na niego z góry... na pewno nie po to, by go złapać, gdyby rzeczywiście miał paść na ziemię. Uśmiech nieco złagodniał, choć nadal błąkał się po ustach, gdy spojrzał w niebieskie oczy mafiozo.
- Poza tym, czy nie ładnie się tobą wtedy zająłem~? Patrz, nawet nie spaliłem tego czegoś, co nosisz na głowie! - zauważył. Tak będzie lepiej. Jak nie będzie dawał mu nadziei. Na pewno tak będzie lepiej dla nich obu. Tak sobie powtarzał, ilekroć miał się wahać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
W tej chwili przeklął się w duchu. Dazai jednak się odwrócił, jednak zareagował, a Chuuya był głupi, bo go zawołał i żałosny, bo pozwolił się sobie samemu doprowadzić do takiego stanu w miejscu publicznym. Od razu pożałował tego, że jego partner tu był i że nie ugryzł się w porę w język. Czuł też, że dzisiaj jednak przez te wszystkie wspominki upił się na smutno i że powinien się przygotować na grad w postaci serii poniżeń. 
- Tak, geniuszu, widzisz tu jakiegoś innego Dazaia? - Odwarknął w reakcji na tę jego żałosną błazenadę, której miał zupełnie po dziurki w nosie po prawie całym życiu zmarnowanym na znajomość z tym osobnikiem. A może mimo wszystko trochę mu tego brakowało? Trudno było to określić. Na kolejne jego słowa spuścił wzrok; czyżby to pytanie miało skłonić go do pewnej refleksji? Prawda była taka, że Chuuya nigdy nie przestałby mu ufać. Przecież to był Dazai, który nie robił rzeczy, ku robieniu których nie widział powodu... Nie, to zły argument. Mógł znaleźć przynajmniej kilka powodów, by pozostawić Nakaharę już tyle razy nawet na pewną śmierć. Przecież wtedy nie miałby poczucia zobowiązania wobec kogokolwiek, byłby wolny i teraz nie byłby postawiony w takiej sytuacji. 
- Weźmiesz mnie do domu. - Uciął głosem, który miał docelowo być pewny, ale w którymś momencie lekko się załamał, zabarwiony niepewnością. Uniósł na niego zaczerwienione chyba na równi od alkoholu i złości oblicze, akurat w chwili idealnej, by zobaczyć, jak Dazai mierzy go wzrokiem. Znowu z ust wydobył się gniewny pomruk, zacisnął dłonie w pięści, ale wyjątkowo postanowił jednak ugryźć się w język i schować dumę do kieszeni. 
- Nie jest bezpieczne, jest paskudne... I... i skręcę kostkę i w ogóle to umrę przed tobą jak tu zostanę. - Pokiwał głową, chcąc podkreślić wagę swoich słów, które w tej chwili uważał za absolutnie nieomylne i zupełnie logiczne. W jego oczach Dazai był osobą, która nie przepuściłaby okazji do odsunięcia Chuuyi od zwycięstwa. 
- Ty paskudny imbecylu, cholerny, zabandażowany wypierdku... - Mruknął bełkotliwie pod nosem w reakcji na wzmiankę o kluczykach, którą oczywiście od razu załapał. Pewnego pięknego wieczora, gdy Chuuya raczył się Petrusem, Dazai wysadził jego nowy samochód. 
- No a jak mam wrócić? Jak każę ci kupić mi bilet do czegokolwiek, to kupisz... Kupisz najdroższy możliwy. Albo obciążysz mój budżet inaczej. Nie... Nie padnę. Jeśli będziesz mnie trzymać... - Dlaczego przez głowę przeszło mu, że stwierdzenie o padaniu naprawdę tyczyło się ich całej relacji? - Ech, zakład, że dotrę do domu... Jak będziesz mnie tylko trzymać? I że się nie wywalę? O... o to, że... Przegrany wypełni polecenie zwycięzcy. Co ty na to? - Na usta wyszedł uśmiech, wyzywający i uparty. Wcale nie to, że chciał tym wyzwaniem utrzymać przy sobie swojego partnera na przynajmniej minimalnie dłuższy czas. Sam od razu schwycił Dazaia, jakby domagając się jego pomocy; prawym ramieniem oplótł go nieco ponad pasem, wiedząc, że jeśli spróbuje przełożyć rękę przez szyję mężczyzny, im obu nie będzie wcale zbyt łatwo się dostać w upragnione miejsce. Naraz czuł też, że jednak niedługo jego świadomość postanowi odpłynąć, ale... Nie było przecież mowy o tym, by przegrał zakład! 
- ... Aha. Może i ładnie. Teraz zabierz mnie i pokaż, że umiesz... Lepiej, agh... - Gubił słowa. Definitywnie. Wbijał jednak w twarz Dazaia uparte i zdeterminowane spojrzenie, mówiące też, że lepiej, by ten nie krzywdził jego kapelusza, bo umrze śmiercią, która mu się nie spodoba. 

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
- Nie widzę innego Dazaia, ale wciąż nie dowierzam, że odezwałbyś się do mnie z własnej woli! - odparł wesoło. Cholerny Chuuya... wcale nie chciał przywoływać wspomnień z czasów, gdy był w mafii. Ale jak je zatrzymać, gdy partner, z którym przebywało się niemal bez ustanku, stoi przed tobą? Robił wszystko, by jakoś się od niego oddalić. Ale widać nawet to mu nie wychodziło. Jedyną jego aktualną pociechą było to, że nadal panował nad swoją twarzą i nie dawał po sobie nic poznać. Nawet widząc go w takim stanie, słysząc, jak załamuje mu się głos, dostrzegając jego wątpliwości. Stał nieruchomo, jednocześnie chcąc podejść i podeprzeć mężczyznę, ale też bojąc się, że jeśli to zrobi, zaprzepaści cały wysiłek dotychczasowego oddalania się od poprzedniego życie i osób w nim występujących.
Czemu on to robił? Czy to z wrodzonej złośliwości postanowił sobie dewastować wszystkie plany i postanowienia Osamu? Myślał, że docinkami go zniechęci, ale do niego wydawały się one w ogóle nie trafiać. Widać jak raz się na pomysł uparł, tak już nie miał zamiaru odpuścić, mimo starań bruneta. I wyglądał przy tym tak bezbronnie, że musiał walczyć ze sobą, by go nie pocieszyć.
- No proszę, teraz to Chuuya bawi się w przewidywania? - rzucił, ale nie zabrzmiało to tak kpiąco, jakby chciał. Szlag. - Czyżby twoje również się sprawdzały~? I Chuuya~ Nie dasz się tak łatwo zabić. Masz zaskakujący talent do przeżywania wszystkiego! Poza tym nie wygrasz ze mną tak łatwo~ - Uśmiechną się szeroko i tak pewnie, jak chciałby się czuć. Zdecydowanie nie mógł pozwolić, by Chuuya umarł przed nim. Nie po to tyle razy go ratował z objęć jego własnej Zdolności, nie po to tyle razy próbował zakończyć własne życie, by teraz otrzymać odwrotny wynik.
Zaraz jednak uśmiechnął się szerzej, słysząc określenia, którymi obrzucał go Chuuya. Samochód rudzielca, który wysadził w dzień swojego odejścia, był jego słabym punktem. Niszcząc go, chciał spalić za sobą wszystkie mosty - wyeliminować jakiekolwiek możliwości wybaczenia mu i skierować w swoją stronę nienawiść, by odciąć się zupełnie od partnera. I widać dobrze zrobił, skoro teraz przechylało szalę zwycięstwa na jego stronę.
Jednak ów uśmiech szybko zbladł, gdy ten mimo wszystko trwał przy swoim. Czy to kwestia alkoholu, że Chuuya nadal nie starał się go pobić i nie odszedł w swoją stronę? Cóż, nie, żeby był w stanie to zrobić, jednak zwykle nie powstrzymywało go to od prób.
- Widzisz, aktualnie nie mam ani grosza! Nawet jakbym chciał ci kupić bilet, nie mam za co - przyznał, przemilczając jednak to, na co wydał całe pieniądze. W końcu mafioso wcale nie musiał wiedzieć, że Dazai wciąż przepija wypłaty, gdy tylko ma ku temu okazję.
Następne słowa mężczyzny go zainteresowały. I jednocześnie przestraszyły. Och, ile razy zakładali się o dosłownie wszystko. Zwykle nawet wygrywał. Kolejny powrót do dawnych czasów? Zaczynał się zastanawiać, czy Chuuya robił to umyślnie i czy byłby w stanie wyegzekwować taki plan w takim stanie. Czy mógł sobie pozwolić na chwilę wspomnień? Nagroda była kusząca... mógłby zażyczyć sobie od Chuuyi wszystkiego. Również tego, by ten nie wracał, torturując go wyrzutami sumienia, które już zdołał zepchnąć gdzieś na dno świadomości, gdzie tylko pulsowały lekko. A wątpił, by petit mafia długo mógł ufać swoim nogom. Napił się tak bardzo, że lada chwila mógł wylądować na bruku bez przytomności. Bądź w krzakach, pozbywając się zawartości żołądka.
Nie miał zresztą większego wyjścia, chyba że chciałby siłą odrywać od siebie mniejszego mężczyznę. Machinalnie objął go, podtrzymując na miejscu i nim się opanował, spojrzał na niego ze zdziwieniem. Zaraz jednak przewrócił oczami i uśmiechnął się kpiąco.
- Ne, wspomaganie nie jest oszustwem? Teraz nie ty się trzymasz, a ja cię trzymam... ale niech ci będzie, dam ci fory. - Uśmiechnął się szeroko. Było z nim bardzo źle. Chuuya przyznał mu rację. To był w jego głowie czerwony alarm. Powinien jak najszybciej zaprowadzić go do domu, położyć do spania, modlić się, by ten zapomniał o całym spotkaniu, a następnie pójść doprowadzić się do podobnego stanu, w którym był teraz jego były partner. Może sam zdoła zapomnieć.
- Ciesz się, że nie mamy do przejścia pół miasta... no, w drogę, petit mafia, mamy tak czy inaczej sporo do przejścia~ - westchnął cicho i podtrzymując rudzielca, ruszył przed siebie, zastanawiając się, jak dał się w to wpakować.

|zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Studentka
Liczba postów : 113
Join date : 26/12/2016
Motto : "Każdy ma trochę miłości w serduszku~"
avatar
Była wieczorowa pora. Było też chłodno, i był też Orwell, mający ochotę odrobinę się rozerwać. Nawet on - bardzo rygorystyczny Brytyjczyk, którego raczej wiązano z nudą niźli zabawą - bywał do takich miejsc jak pub. Głównie po to, by napić się trochę piwa, ewentualnie whisky jeżeli miał gorszy dzień, przemyśleć po raz dziesięciotysięczny swoją egzystencję i pójść do domu. Jak zawsze.
Tym razem wcześniej wypuścili go ze szkoły, więc postanowił zrobić sobie spacer do lokalu i po prostu udać się tam piechotą. Zawsze uważał, że w trakcie spacerów klaruje mu się umysł i może przemyśleć wiele różnych spraw, które zwykle ciążą mu, ale nie ma na nie czasu.
Po pewnym czasie, właśnie już pod wieczór, dotarł do pubu. Miał szczęście - dzisiejsza zapowiedź śniegu z deszczem okazała się nietrafna, tak też nie zmókł. Wszedł do środka, z ciszy w gwar. Jak zawsze w pubie o tej porze było trochę ludzi i z ich głośnych, podsycanych alkoholem rozmów zawsze robił się po jakimś czasie hałas. Tak też było i teraz. George zdejmując swój płaszcz i biorąc go w rękę rozejrzał się instynktownie po lokalu. Musiał się przez chwilę przyzwyczaić do specyficznego światłocienia panującego w pubie zanim spostrzegł czy jego ulubione miejsce przy kontuarze jest wolne. Tak też było, bowiem musiało minąć jeszcze trochę czasu przed konkretnym zapełnieniem się pubu i zajęciem miejsc. Ruszył powoli do kontuaru, mijając po drodze wieszak na którym powiesił swój płaszcz, uprzednio zabierając z niego wszelkie cenne rzeczy. W prawdzie nie zdarzyła się tutaj żadna kradzież, ale nauczyciel wolał trzymać się przysłowia “przezorny zawsze zabezpieczony”, bo w końcu mogła się takowa zdarzyć. Na przykład tego wieczoru.
Gdy usiadł przy blacie, od razu spostrzegł go barman, który uśmiechnął się pod nosem. Pamiętał Orwella, który całkiem często bywa w tym lokalu. Nawet czasami z nim porozmawiał jak nie miał nic do roboty.
- Dobry wieczór. Podać to co zawsze? - Spytał, spoglądając na Anglika.
Ten skinął mu głową, na co barman zniknął na chwilę w poszukiwaniu butelki Guinessa. Orwell w tym czasie jeszcze raz rozejrzał się wokół, tym razem raczej instynktownie i z powodu braku lepszego zajęcia w oczekiwaniu na trunek… Nie widział nikogo znajomego, więc tylko westchnął. I na to westchnięcie, wrócił barman z dużą szklanką, do której właśnie nalewał trunku.
- Thanks. - Powiedział George odbierając szklankę, na co barman z uśmiechem skinął głową.
Zapowiadał się dobry wieczór przy paru piwach, pełen przemyśleń i kontemplacji. George Orwell przepadał za takimi wieczorami, które uważał za raczej luźne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Czlonek Mafii
Liczba postów : 70
Join date : 27/11/2016
Age : 20
avatar
Od samego rana Suzu była bardzo zdenerwowana. Pewien bezczel wysyłał jej przez cały dzień zdjęcia jej córki na różnych wycieczkach. Chyba nic nie mogło jej dobić bardziej, niż widok odebranego jej dziecka świetnie bawiącego się razem z jej byłym mężem, ale nie z nią. Nawet niepoukładane książki mniej ją irytowały. Ledwo co zdążyła się przyzwyczaić do tego, że jej ukochanej córeczki z nią nie ma, i pewnie jeszcze długo nie będzie, ale nie, coś się musiło oczywiście wydarzyć i rozdrapać stare rany. Jako, że należy do tej grupy osób, które mogą sobie na spokojnie czasem wypić, dobrze wiedziała, gdzie można udać się w dni takie jak ten. Na zły humor pomaga chwilowa ucieczka! Sprawdzone!
Z tą właśnie myślą skierowała się w stronę pubu w Isogo. Znała okolicę bardzo dobrze, więc dojście na miejsce nie sprawiło jej żadnych problemów. Pogoda też jej sprzyjała ten jeden raz. Zaraz po wejściu do lokalu zostawiła płaszcz i upewniła się, że nie zapomniała protfela. W końcu trochę głupio by było, gdyby w ostatniej chwili okazało się, że nie ma ze sobą pieniędzy ani karty. Chociaż gwar i bałagan mocno widoczny w miejscach, gdzie spotkało się więcej osób trochę ją rozpraszał, dość szybko znalazła wolne miejsce. Nie była stałą bywalczynią tego miejsca, więc niezbyt znała autorskie mieszanki. Jako wielka fanka ginu i wszystkiego, co go zawierało mocno zastanawiała się nad zamówieniem martini, jednak stwierdziła, że jest tu po to, żeby topić byłego męża smutki i irytację, a taki drink nie jest czymś, co w tym specjalnie pomoże.
- Dla mnie będzie bourbon. - powiedziała barmanowi. Najwyżej później zafunduje sobie coś z jej ulubionym trunkiem. Na taki bourbon też nie ma co narzekać. Chyba, że to jeden z tych tanich, rozcieńczonych jak cholera. Takim powinno się słać aurę hejtu. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie sprecyzowała, jaki dokładnie chce. Jednak nie było to problemem dla barmana, który po chwili podał jej szklankę z alkoholem. Albo mi podrzucił coś niezdatnego do picia, albo najdroższego. Pewnie. - pomyślała i wzięła pierwszy łyk. Ku jej zdziwieniu, nie było wcale tak źle i dostała to, czego chciała. Uznała, że może zacząć wierzyć w przeznaczenie, albo w dziwne umiejętności barmana. To, że należy do tej ostatniej grupy osób, które powinny o czymś takim myśleć, to drobny szczegół.
Czuła, że to będzie udany wieczór. I może trochę, że mogłoby się wydarzyć coś ciekawego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Studentka
Liczba postów : 113
Join date : 26/12/2016
Motto : "Każdy ma trochę miłości w serduszku~"
avatar
George wypił dobre dwa piwa, kiedy do lokalu weszła Suzu. W prawdzie był bardzo daleko od upicia się, ale alkohol zaczynał powoli działać i był już nieco śmielszy, choć szczerze powiedziawszy nie myślał o jakichkolwiek interakcjach z światem zewnętrznym. Przynajmniej na razie.
Jego myśli raczej oscylowały wokół niego samego i tego co on na tym świecie robi. Kim on jest? - na to pytanie potrafił jeszcze odpowiedzieć. Ale kiedy pytał się jaka jest jego rola, było już o wiele gorzej z odpowiedzeniem. Mówił sobie, że żyje dla innych, bo dla siebie już nie ma, ale... Jeżeli ma tak żyć, to dlaczego jest w organizacji Wilde'a? Przecież oni to wszystko robią za pieniądze i na dodatek, nie przeprowadzają selekcji klientów według celów, chyba że miałoby to IM zaszkodzić... Ale patrząc z drugiej strony - za co mieliby żyć? Ba, nawet nikt by się z nimi nie liczył, bo rozdawaliby informacje na lewo i prawo... I byliby w ten sposób łatwym celem dla innych Obdarzonych, w szczególności tych z umiejętnościami bojowymi, których w Tea Clubie brakuje. Zresztą, już są teoretycznie łatwym celem. George ma tylko przeszkolenie wojskowe z czasów wojny w Irlandii i...
I jego myśli przerwał głos osoby obok, która zamówiła bourbon. Orwell spojrzał na nią, wyrwany z zamyślenia i składający na szybko do kupy informacje zmysłowe oraz pamięciowe. Pamiętał bowiem, że jemu personalnie bourbon tu nie smakował i jako dobry człowiek wolał odradzić wybór tego trunku...
- Osobiście odradziłbym bourbon, a polecił Bushmillsa. Dobra, irlandzka whiskey. - Wyrwał swą poradę, trochę bez pomyślunku. Wypowiedział ją z wyraźnym, brytyjskim akcentem, przez co nie mógł kryć swojej narodowości.
Bowiem zdał sobie sprawę z dwóch, a w zasadzie trzech rzeczy. Po pierwsze, jego gusta nie przysługują wszystkim. Po drugie, właśnie oznajmił przypadkowej osobie "HEJ, JESTEM INNY OD RESZTY" za pomocą swojego akcentu, czyli w zasadzie częściowo się "odkrył". Po trzecie, zachował się jak cham, bo powiedział coś nawet bez przedstawiania się. Powstrzymał swój odruch przejechania dłonią po twarzy, a także skrzywienie twarzy, jakie zwykle wywołuje u niego zażenowanie. Mimo że uchodzi za ekscentryka, nawet on ma pewne limity dziwnych, a na pewno już żenujących zachowań w miejscach publicznych.
- I przepraszam za nie przedstawienie się, George Orwell. - Powiedział, wysuwając w kierunku kobiety rękę.
Pewnie pomyśli sobie, że wpadła na najdziwniejszego Anglika w Japonii jakiego mogła spotkać, który na dodatek lubi zapoznawać się z losowymi osobami w pubie... Na te myśli Orwell ponownie powstrzymał swoje odruchowe skrzywienie twarzy i z neutralnym wyrazem twarzy czekał na ruch nieznajomej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Czlonek Mafii
Liczba postów : 70
Join date : 27/11/2016
Age : 20
avatar
Wszystko miało pójść zgodnie z planem. Posiedzieć w spokoju i uciec przed wszelkim złem i gałgaństwem. Jednak wszystko wskazywało na to, że tego wieczora Suzu przynajmniej przez chwilę nawiąże jakąś interakcję ze światem zewnętrznym. Mężczyzna siedzący obok niej odradził jej wybrany przez nią trunek. Misuzu nie za bardzo rozumiała, dlaczego niby bourbon miał być niedobry, a tym bardziej, dlaczego ktoś nieznajomy mógłby do niej tak po prostu zagadać. I to w tak głupiej sprawie. Nie dało się ukryć, że wywołało to u niej pewien dyskomfort. Zauważyła jednak, że w sposobie mówienia Orwella jest coś dziwnego, jakby obcego. I raniło to mocno jej przyzwyczajone do typowego, japońskiego akcentu uszy.
- Obawiam się, że umiem sama zadbać o to, co piję. - powiedziała i odwróciła wzrok. Nie lubiła takich sytuacji, chociaż nie zdarzały się one często. Miała nadzieję, że po tym Anglik sobie odpuści, ale po krótkiej chwili wyciągnął on w jej stronę rękę i się przedstawił. Teraz już czuła się zobowiązana, żeby zrobić to samo. Jakby nie mogła go po prostu zignorować... ale cóż, coś takiego nie leżało w jej naturze, więc stwierdziła, że powinna być uprzejma, nawet, jeśli czuła się dziwnie.
- Kaneko Misuzu. Miło pana poznać. - podała mężczyźnie dłoń, jednak dość szybko ją zabrała. Nie było jej wcale miło. Miło by jej było na spokojnie wypić sporą ilość alkoholu, wrócić do domu, obejrzeć serial, zjeść ciasto i zasnąć. Brzmi jak wieczór życia. Nie to, co rozmawianie z przypadkowymi ludźmi w pubie. Znów wypiła kilka łyków. I nie, dalej nie rozumiała, co mogło Orwellowi nie pasować. Za cholerę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Barman obsługiwał spokojnie klientów, na uwadze mając głównie tych przy barze - w końcu siedzieli najbliżej. Uśmiechał się co jakiś czas, widząc swojego stałego klienta zapoznającego się z młodą damą. Bywał tu co jakiś czas, więc mimowolnie go kojarzył, zwykle jednak siedział sam, więc patrzenie, że jednak z kimś się poznaje, było przyjemnym widokiem. I przez to wpadł na pomysł. Wciąż miał pudełko czekoladek, które dostał od jakiegoś klienta. Sam nie przepadał za słodyczami, trzymał je więc wciąż pod ladą, a teraz przysunął je w stronę dwójki klientów, gdy ci byli już po kilku drinkach.
- Na mój koszt - odparł pogodnie, mrugając do nich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Pub
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 5Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Stray Dogs PBF :: Yokohama :: Isogo-
Kody oryginalnego stylu forum stworzone przez Okhmhakę. Obrazki użyte na forum nie są własnością administracji; zostały jedynie przystosowane pod forum. Jeśli jesteś autorem któregoś z nich i nie życzysz sobie, by był na forum, skontaktuj się z administracją.
If we used your art and you feel uncomfortable with it, contact Chuuya.