Share | 
 

 Mieszkanie Chuuyi

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
First topic message reminder :

Strzał w dziesiątkę - Chuuya chciał mieszkanie blisko swojej pracy i oto ma; chciał układ bardziej zachodni i oto ma. W skład mieszkania wchodzi salon z aneksem, gdzie jest wszelkie konieczne wyposażenie kuchenne. Część wydzielona na salon ma narożnik, telewizor, kilka regałów z różnymi książkami i rupieciami, także spory barek, w którym gospodarz przetrzymuje alkohole. Dalej mamy dwie sypialnie, jedna należąca do Chuuyi, druga w domyśle być miała dla gości, ale takich miewa cokolwiek nieczęsto. Dalej mamy łazienkę i toaletę, również nic wyjątkowego. Ogólnie wystrój mieszkania uznać można raczej za nowoczesny i całkiem przyjemny dla oka. Praktycznie zawsze jest tu porządek, który mężczyzna lubi utrzymywać, co jest zresztą dość łatwe, bo gospodarza niemal nigdy tu nie ma. 
(opisie, jesteś taki zły)


Droga do domu jednak mogła być gorsza niż to, co spotkało go dzisiaj. Nie do końca co prawda rozumiał, co pokierowało Dazaiem, by odprowadzić Nakaharę w jednym kawałku do mieszkania, jednak postanowił postawić na to, że mężczyzna słowa o zakładzie postawił sobie w tej chwili za punkt honoru. Po każdym innym, nawet po sobie samym, spodziewałby się małych oszustw w tej zabawie, jednak jego partner okazał się grać uczciwie, co gdzieś w głębi duszy rudzielec byłby skłonny nawet docenić. 
Dotarli jednak na miejsce całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę stan Chuuyi oczywiście, który, uwaga, ale ani razu nie przewrócił się. Normalnie pewnie chciałby to też zepchnąć gdzieś na dalszy plan, ale coś mu świtało, że to za zasługą Dazaia... No cóż, jeśli ten głupek wolał pomagać przeciwnikowi, to niech ma to, czego chce. Rudy Obdarzony nie pozwoli mu się wykręcać żadnymi tekstami w guście "ale ja ci pomogłem, nie liczy się", o nie. 
Po drodze co jakiś czas zagadywał do Dazaia bełkotliwie, o dziwo chcąc złapać z nim jakiś temat; trochę tak, jakby moment w ich historii, gdy Osamu odszedł, nagle wyparował z jego świadomości. Trochę groził mężczyźnie, ale z drugiej strony pytał, jak mu się powodzi. W końcu jednak udało im się dowlec najpierw do windy, potem Chuuya, opowiedziawszy jakąś historię mówiącą o tym, jakie te urządzenia są niebezpieczne, chcąc podkreślić wyższość spacerowania, wybrał odpowiednie piętro. Zdołał wydobyć z kieszeni płaszcza klucze, którymi zaraz otworzył drzwi -  za nimi doczłapał, ciągnąc za sobą partnera, do kanapy, gdzie pozwolił sobie upaść. 
- No, dupku... Wygrałem - Powiedział głośnym, ale wciąż bełkotliwym głosem. Powoli docierało do niego to, że trzeźwiał i nie do końca mu się to podobało. Nadchodziły fale senności i bólu głowy... Z którymi nawet nie miał siły walczyć. Skulił się na narożniku, czując silne, nieprzyjemne dreszcze i wyciągnął dłoń do Dazaia, ponownie kierując na niego wzrok. 
- Moja.. Nagroda, hę? Zostań... - Wymamrotał już ciszej, ale zaraz zmarszczył brwi i powtórzył głośniej, pewniej. - Zostań. Tu, ze mną, jako... partner, jasne? - Nakazał, wykonując przy tym taki ruch dłonią, jakby chciał nawiązać jakikolwiek kontakt fizyczny z partnerem. Czyżby chciał w ten sposób okazać chęć powrócenia do starych czasów? Jakkolwiek by się nie wypierał, uwielbiał być partnerem Dazaia i  nigdy nie przestałby mu ufać. Wiedział, że był naiwny i nienawidził się za to z całego serca, a jednak nie potrafił odsunąć się od tego człowieka na dobre. 
- I... i weź mi przynieś jakiś koc, za cholerę się nie ruszę. - Powiedział ponaglająco, zrzucając z siebie niemrawo płaszcz, marynarkę, kamizelkę i buty, które wylądowały zaraz przy kanapie. Nie miał pojęcia, czy drugi mężczyzna wykona jego polecenie i czy zostanie tu, ale... Ale jeśli nie, to może i lepiej? Chuuya wmówi sobie rano, że to wszystko było urojenie i że dostał się do domu przy pomocy techniki pijanego mistrza. Zasnął jednak praktycznie zaraz po tym, jak zmrużył oczy, nie mając sił zupełnie na nic, poza nadzieją, że jutro kac nie będzie aż taki okrutny. 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Nie zdziwiło go zaskoczenie mężczyzny. Nigdy wcześniej tak się przed nim nie otwierał. Ba, przed nikim tak się nie otwierał. Był to jego pierwszy raz, kiedy rzeczywiście tłumaczył innej osobie, co czuje, i było to dla niego przeżycie co najmniej stresującym. Nie wiedział, co powinien robić, jak reagować. Bał się odrzucenia, a jednocześnie pragnął, by chociaż to zraziło Chuuyę. Z pewnością lepiej by się rudzielcowi wiodło w życiu, gdyby nie miał do czynienia z jego osobą. W głębi serca uważał ów wylew emocji za skrajnie egoistyczny ze swojej strony - zalewał partnera swoimi problemami, wiedząc, że ma własne. Ale tylko to mu zostało, jeśli chciał go odepchnąć. Jeśli to nie podziała, to nic tego nie dokona.
- Wyglądam, jakbym żartował? - spytał poważnie, patrząc na niego i na moment nawet się nieco rozluźniając, zdecydowanie jednak nie w pozytywny sposób - w oczach błysnęły ciemne iskierki, które nie pojawiały się w niego praktycznie nigdy, odkąd opuścił mafię, które znikły po zostawieniu mrocznej, pełnej krwi przeszłości.
- Nie chcę, byś rozumiał... - westchnął cicho, spuszczając wzrok. Jego niechęć do życia i chęć jego utraty nie była dla nikogo, kto go znał, niczym nowym czy nieznanym, w końcu wcale się z tym nie krył. Zaś prawdziwej natury tego pragnienia nie wyjaśniał nikomu. Nie sądził, by w ogóle umiał. A z pewnością nie chciał. Lata w mafii jednak swoje robią i zapamiętał, że nie wolno zdradzać swoich słabości innym, licząc, że ich nie wykorzystają. I poniekąd czuł, że jeśli kogoś przekona, będzie odpowiedzialny za życie takiej osoby. Nie chciał brać kolejnego ciężaru na barki. Nie był na to gotowy.
Starał się nie zwracać uwagi na ton Nakahary. W końcu wiedział, że to nim wstrząśnie. Więc czemu przewidywania w głowie były jednocześnie takie same, a tak różne od rzeczywistości? Zerknął na niego i zaraz tego pożałował - Chuuya właśnie ocierał łzy. Te, których on sam był przyczyną, które spowodował i które były świadectwem bólu mężczyzny. Patrząc na nich, nikt by nie powiedział, że oto rozmawia ze sobą dwóch szefów mafii, choć jeden już były. Byli raczej jak dwóch młodzieńców nie radzących sobie z własnymi emocjami. Co ze strony Dazaia nie było tak dalekie od prawdy. Milczał, nie reagując, nie umiejąc wykrztusić z siebie słowa - po cichu myślał, że po tym wszystkim zostanie wyrzucony i zapomniany, jak zawsze chciał. Tym bardziej drgnął, czując jego dłoń na swojej. Nie ruszał się, był jak kamień, nie cofając dłoni, ale i nie wykonując żadnego sygnału, że chce odwzajemnić dotyk.
- Byłem dla ciebie dobry.. - powtórzył w końcu gorzko. Jaką ironią tchnęły te słowa. Tyle razy próbował być jak najpodlejszy i złośliwy dla partnera. Widać niezbyt mu to wychodziło. I do czego to doprowadziło. - Chcesz mnie zrozumieć? Zrozumienie czyichś myśli dzieli niewiele od przyjęcia ich i zaakceptowania. Nie... nie chcę do tego doprowadzić - przyznał opornie. Westchnął i w końcu rozluźnił pięść, by chwycić jego dłoń. Była nadzwyczaj ciepła i miał nadzieję, że właśnie to ciepło da mu siłę, by ciągnąć to wszystko dalej. Jak nie... wiedział, że wyjście z tego domu w takim stanie skończyłoby się w rzece czy na bruku pod wysokim budynkiem. - A-ale powiedz mi... z tą prośbą... byłeś poważny? Chciałbyś, bym przyjął ofertę Moriego? - Spojrzał mu w oczy. Nie chciał nic obiecywać, wiedział, że przywódca mafii ma własne powody, by wysyłać mu zaproszenie do powrotu. I Chuuya też o tym pewnie wiedział. Ale chciał poznać jego zdanie, zobaczyć, jak głęboko tkwi przywiązanie mężczyzny... i gdzie leży jego źródło. - Jak mi powiesz... obiecuję odpowiedzieć na twoje pytania. Tak w ramach trzeciego życzenia od złotej rybki. - Nawet wyginął lekko wargi! Skąd w jego ustach mały żart nawiązujący do wczorajszego wieczoru? Tak jakby zdystansował się nieco do obecnych wydarzeń. Zaraz jednak cała sytuacja znów do niego wróciła z całą swoją siłą i aż skulił nieco ramiona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
Na jego pierwsze pytanie, które nazwać śmiało można retorycznym, pokręcił głową; ta z kolei zdawała się Chuuyi jedynie nieprzyjemnym ciężarem spoczywającym na jego karku. Głowa i klatka piersiowa, tudzież rozum i serce, były tym, co mężczyzna przeklinał teraz z całych sił. Dazai budził u niego zdecydowanie wiele odczuć, jednak nigdy nie umiał wskazać jednoznacznie, które miało największą siłę. Z jednej strony na pewno niechęć, przez wiele lat hiperbolizowana aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego, który trwał przez ostatnie cztery lata. Nie wiedział, czy to do końca zelżało, jednak pewne było, że przyjął do wiadomości odejście Dazaia. 
Słysząc wiadomość o jego odejściu, był przede wszystkim przerażony. Co by było, gdyby konieczne było użycie Zepsucia, a jego partnera nie było obok? Bał się, że taki moment kiedyś nastanie, że umrze przez coś, co jest nieodłączną częścią jego własnego istnienia. Czuł wielki żal i dłuższy czas był załamany; ogarnęło go poczucie bezużyteczności, popychające go tym mocniej do alkoholu. W miarę upływu czasu utwierdził się w tym, że nie chce innego partnera i stopniowo nawet godził się z wyborem tego poprzedniego. Ścisnął natomiast jego dłoń tak, jakby tęsknił za nią i faktycznie dotyk skóry Osamu budził u niego pewną nostalgię. 
- Chcę sam zdecydować, do czego doprowadzi mnie zrozumienie ciebie. - Położył drugą dłoń na ich złączonych, utrzymując tym razem uparty i bardziej zdecydowany ton. Jeśli Dazai faktycznie był w tak złym stanie, to Chuuya czuł się zobowiązany do wspierania go. Przecież byli partnerami, w mniemaniu Nakahary połączyło ich to na całe życie. 
- Zgłupiałeś? - Zmrużył oczy, nie odrywając ich spojrzenia od tych brązowych, należących do wyższego mężczyzny. - Nie chcę, żebyś wracał, Dazai. To jeszcze bardziej zburzy porządek. Byłem poważny z nią w taki sposób, że... Ja chciałem, żebyś został na noc. Jak kiedyś. To wszystko. - Był w stanie zrezygnować z tego, czego chciał sam, na rzecz tego, co uczynić należało. Do otwartej walki o ich znajomość był gotów przez pierwszy rok, zakrawając o połówkę kolejnego, od odejścia Dazaia. Potem ukorzył się i poddał, niezdolny do ściągnięcia go ponownie i zdał się na żal. 
Kolejna zdrada ze strony Osamu, tym razem jednak tej drugiej strony, będzie odebrana przez obie organizacje niezbyt dobrze. Pojawi się gorycz, niezrozumienie i najprawdopodobniej chęć odbicia bruneta z rąk Mafii. Chuuya nie chciał kolejnej wojny między organizacjami; mimo skłonności do agresji i chęci podkreślania mocy grupy, do której przynależał sam, jednak preferował czasy pokoju. Całe miasto drżało wręcz przed Morim, którego podwładni od lat mieli reputację najstraszniejszej grupy w Jokohamie i nie musieli się przekonywać o własne potędze. A to, że niektórzy lubili sobie bez potrzeby przypominać o tejże, jest już absolutną dygresją. 
Nie umknęło mu natomiast, że ten kuli się, zaś odruch ten kojarzył mu się z lękiem przed nadchodzącym bólem. Ten z kolei uderzył samego Nakaharę, razem ze świadomością, że jego winą jest stan Osamu. Podniósł się nieznacznie z siedzenia i kciukiem uniósł kącik jego ust dość delikatnym, ale niedbałym i niezgrabnym gestem. Sam wymusił u siebie uśmiech, będący tak właściwie cieniem tego grymasu, który na celu miał poprawienie humoru temu drugiemu. Umysł powoli rozjaśniał się, a oczy zdawały się otwierać na ten problem. 
- Łamago ty... - Powiedział łagodnie, wbrew treści wypowiedzi, którą można by było odebrać jako ganiącą. - Czy jest coś, czego ci trzeba? - Nie czuł, by pytał go wbrew sobie. Mógł wyjść na hipokrytę tym sposobem myślenia, jednak mimo wszystko nie potrafił nie przejąć się losem osoby, która cierpiała. Nawet, jeśli był to ten osobnik, którego przecież tak nie znosił. Byli w końcu partnerami i to był główny argument przemawiający w głowie Chuuyi za nieustającym uporem i determinacją. 
- Dazai... Jako twój partner zawsze będę gdzieś obok. - I naprawdę był tego zdania, a przyznanie się do niego było dla niego niemałym zaskoczeniem. Mogli się żreć na naprawdę wielu płaszczyznach i podkreślać co krok, jak to bardzo się nie znoszą i różnią od siebie, jednak zdarzały się rudemu myśli, że właściwie poza Dazaiem i Kouyou nie miał nikogo bliskiego i nie mijało się to zbyt mocno z prawdą. W końcu nieznacznie cofnął dłoń od twarzy mężczyzny, jednak nie zrobił tego gwałtownie ani w pierwszej chwili nie zwiększył za bardzo odległości między ręką a Dazaiem, chcąc się upewnić, że może to zrobić. 
- Nie wiem, o co mogę pytać... Przed chwilą... Kurwa... Chyba spytałem o wszystko. Nie wiem. Wybacz. Dziękuję. Cokurwakolwiek, Dazai. Uch, a ty chcesz się czegoś dowiedzieć? - Spytał, na nowo poirytowany tym, że nie był w stanie ułożyć myśli i uczuć w jedną spójną całość. Nagle zaczął się przejmować tym, jak może się poczuć jego partner... I wciąż nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Dazai zerkał co jakiś czas na Chuuyę, jakby przypominając sobie, że ten właśnie dopiero co wstał z mocnym kacem, a teraz musi wysłuchiwać jego żali i bolesnych słów. Był rozdarty między chęcią zadania mu jak największego bólu, by go w końcu odrzucił, a chęcią protekcji mężczyzny. Choć większość osób widziała w nim jedynie eleganckiego, umiejącego mocno się zdenerwować szefa mafii, on wiedział, że Nakahara kryje w sobie dużo więcej. I choć zdawał sobie sprawę, jak ten jest silny i umie sobie poradzić, to miał też swoją wrażliwą stronę, którą chciał wspierać, gdy dane mu było ją zobaczyć. Jak teraz. Zwłaszcza że po jego słowach nie zapowiadało się na to, żeby mógł się zupełnie od niego odciąć. Próbował na wszelkie sposoby. Mógł misję "odstręczyć petit mafię" zaliczyć do wielu porażek, jakie odniósł. A najbardziej bolało to, że poniekąd się z tego cieszył.
Kiwnął tylko głową, słysząc jego postanowienie. Nie mógł za niego decydować. Pytanie tylko, czy będzie w stanie powiedzieć mu wszystko, wiedząc, jakim bólem i nieszczęściem dla niego może się to skończyć. Nie chciał być z Chuuyą nieszczery, już nie teraz. Miał tylko nadzieję, że tyle lat nie sprawi, że zacznie go oszukiwać z nawyku. Przywykł do ukrywania wszystkiego, ale widać trzeba będzie się tego oduczyć.
- Nie chcesz... - pokiwał głową ze zrozumieniem, starając się nie pokazać w oczach nuty żalu z tego powodu. Nie żeby sam planował wracać do mafii. Mimo wszystko miał swoje powody i racje oraz całkiem polubił swoją obecną pracę. Co nie zmieniało faktu, że trzymanie się zasad nie było jego dobrą stroną i czasem tęsknił za wolnością, którą miał w mafii. Oraz za współpracą z tym małym, denerwującym stworzeniem. Kunikida miał swoje wady i zalety, ale to z Chuuyą dorastał i nie tylko dla rudzielca ów fakt pozostawał nie bez znaczenia. Rozumiał, co powodowało Chuuyą, dlatego też zignorował lekkie ukłucie w piersi i zerkną na niego na tyle spokojnie, na ile w swoim obecnym stanie umiał. Ścisnął lekko jego rękę, doceniając jego gest. Zaskakująco, jak szybko zdołał wrócić do ich dawnej znajomości a nawet posunąć się o krok dalej. Może pozornie niewielki, ale jak znaczący dla Osamu.
- Faktycznie konflikt nie jest zbyt dobrze widziany... zwłaszcza po Gildii. W końcu i tak zawieszenie broni jest dużym sukcesem.
Odetchnął głęboko, starając się, by usta nie drżały mu za mocno. Mimo tego, że prośba Chuuyi obejmowała tylko dzisiejszą noc, będzie musiał go poprosić, by mógł zostać jeszcze trochę, by móc się ogarnąć - w obecnym stanie bał się wychodzić na ulicę pełną ludzi. Póki co jednak uniósł na niego zaskoczone spojrzenie, gdy ten uniósł mu kącik ust. Przez chwilę z głupim wyrazem twarzy wpatrywał się w niego. Chuuya próbował go pocieszyć. Sam wymuszał uśmiech, by Dazai poczuł się lepiej. Było to dla niego... dziwne przeżycie. Jednocześnie poczuł kroplę ciepła rozchodzącą się po jego sercu... ale i gorycz, że wywoływał taką litość u starszego mężczyzny. Do jakiego stanu musiał się doprowadzić, by jego partner zmuszał się do wesołości mimo kaca, by przestał tak smęcić? Nie odepchnął jego ręki, jego ciepło i słowa przynosiły mu ulgę. Ale też dlatego nie ruszył się, przez chwilę nie odzywał się słowem. Bał się chwycić to uczucie. Szczęście było tak ulotne, a dziury, które zostawiało odchodząc, były jak kratery.
- Już... już nie wiem, czy cokolwiek może pomóc. - Zerknął za okno, chociaż wzrokiem chcąc uciec. - Chuuya, gdybym wiedział, nie... nie próbowałbym od tego uciec - wyznał na jednym tchu. Serce zabiło mu mocniej na zapewnienia Nakahary. "Zawsze będę obok". "Zawsze" było poważnym słowem. Jednym z tych, którego omijał. Czy naprawdę można obiecywać coś za przyszłego siebie? A jednak wbrew jego chęciom sprawiły, że nadzieja gdzieś tam wykwitała.
- Nie mam czego ci wybaczać, Chuuya - powiedział cicho. - A ty za co mi dziękować. Ja... nie mam prawa prosić cię o wybaczenie. I nie wiem, czy powinienem je uzyskać. - Zawahał się chwilę. Czy powinien zadawać to pytanie? I czy chciał na nie poznać odpowiedź? Ale dzisiejszy ranek były dla Dazaia nietypowe. Nie miał już siły pozorować i walczyć ze sobą. Tego dnia Chuuya ujrzał jego prawdziwego i nie miał już czego przed nim kryć. - Powiedz mi tylko... Znaczy zadam ci pytanie i sam zdecydujesz, czy chcesz odpowiedzieć. - Spojrzał na niego uważnie, chwytając jego dłoń, którą opuścił. - Czy gdybym wtedy poprosił cię, byś ze mną poszedł... zrobiłbyś to?
Bał się odpowiedzi. Bał się, że będzie przecząca. Albo że będzie twierdząca. Nie umiał przyswoić faktu, że komuś faktycznie mogło na nim tak zależeć. Akurat na nim ze wszystkich ludzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
- No widzisz, dlatego... Dlatego nie wracaj. - Na ustach zaigrał ponownie blady uśmiech. Mógł odepchnąć wszelkie konflikty z Dazaiem na bok i to właściwie tylko po to, by przywrócić mu spokój. Był w stanie zrezygnować z wywoływania u niego poczucia winy tylko dlatego, że właśnie miarka przebrała się już chyba raz na zawsze. Powiedział za dużo, stracił niemal wszystkie hamulce i wyszło szydło z worka. Prawdą było, że chciał zawsze się dowiedzieć, co siedzi w tym mężczyźnie, jednak trudno jest powiedzieć, jakoby spodziewał się czegoś takiego. Nie chciał widzieć tego, nie chciał być tego świadom i nie będzie kłamstwem stwierdzenie, że ten widok wywoływał u Chuuyi ból gdzieś w sercu. 
Widok miny mężczyzny, gdy Nakahara uniósł kącik jego ust, tym bardziej rozczulił go i naraz zasmucił. Chciał go prosić, żeby nie robił takiej miny, jednak widziałby taką prośbę jako chęć ponownego oparcia się na nim, a teraz to Dazai bardziej tego potrzebował. Nie dało się tego nazwać do końca litością, bo tej Chuuya nie znosił - był w obecnej sytuacji zagubiony chyba na równi ze swoim partnerem. 
Współczuł mu, to było jasne, naraz jednak wyklinał samego siebie za bycie tak cholernie ślepym przez te wszystkie lata. nie mógł dać mu tego, co dawał Oda. Ale... przecież z drugiej strony sam powiedział niedawno powiedział, że umarli nie mają głosu. Musiał pokazać, że też umie dawać mu szczęście i widział niewielką nadzieję na to, że może kiedyś przekona go co do wartości życia. Nie wiedział, czy chce wiedzieć, co kryje się za samobójczymi skłonnościami jego partnera, ale... Czy one aby na pewno naprawdę mu przeszkadzały? Niby dobrze jest dmuchać na zimne, jednakże Dazaiowi może się kiedyś udać, gdy Chuuya nie będzie dostatecznie uważny. 
- Ne... Dazai. Od tego jest partner. Też mogę ci czasem pomóc. I... Zasługujesz na wybaczenie. - Odparł, panując nad swoim względnie spokojnym już głosem. - Może to po prostu ja nie umiałem ci go dać... - Westchnął cicho, wiedząc, że może to być dość bliskie prawdzie. Chuuya nie potrafił wybaczać, a w jego systemie wartości wielką rolę gra lojalność wobec Mafii i zarazem rodziny. Wmawiał sobie długie tygodnie, miesiące, że Dazai to najgorszy zdrajca, że zranił jego, Kouyou, Akutagawę i resztę, wobec czego należy go ukarać. 
Najgorsza nie była zdrada. Najgorsze było to, że Chuuya, mając przecież już tyle okazji - chociażby teraz, gdy Osamu był absolutnie otwarty i bezbronny - nie umiał zdobyć się na to, by faktycznie odegrać się na nim z mocą i należytym impetem. Gierki słowne, wypominanie dawnych ujm w zachowaniu, tak, to zawsze i wszędzie. To jednak wynikało nie z chęci zemsty, niebezpośrednio w każdym razie; to było po prostu stałą częścią ich relacji, która nie zmieni się nigdy. 
Reakcją na pytanie w pierwszej chwili było otworzenie szerzej oczu - nie spodziewał się tego, jednak nie miał zamiaru tego przemilczeć. Skoro już poruszali ważne kwestie, to wszystko musiało pójść prosto z mostu. Chwilę milczał, nie tyle wahając się przed odpowiedzią, co starannie układając ją w głowie. To jednak było znacznie utrudnione przez kaca, który wszak w dalszym ciągu męczył Chuuyę. 
- Wtedy bym nie odszedł. Chyba. W końcu nigdy nie było naprawdę źle, odkąd mamy Moriego. Tylko praca z początku była trudna... A ja... Nigdy nie wyobrażałem sobie odejścia z Mafii. Bałbym się, że mnie zabiją za zdradę... Mori zostawił przy życiu ciebie, bo jesteś zbyt cenny, nawet nie będąc przy nas. - W tym stwierdzeniu nie było ani grama goryczy. Było po prostu szczere. 
- A ukochany anee-sama... Sam wiesz. Wiem, że to było wcześniej, ale pewne metody się chyba nie zmieniają. Albo, że sobie nie poradzę. Nie uczono nas w końcu nigdy życia poza nią. Ale tobie widać się udało. - Przerwał, ponownie zamyślając się. - Chociaż przy tobie czułem się zawsze pewniej. Gdybyś obiecał, że mnie nie zostawisz, byłbym gotów, by z tobą odejść. Ale chyba nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, hę? - Kolejny uśmiech. O dziwo jeszcze nie bolały go od tego usta, jednak nie dało się tego samego powiedzieć o twarzy. Od pewnego czasu kwitła na niej czerwień, wywołana nadmiarem emocji, jakie dostarczało Nakaharze to całe zajście. Teraz doszła do tego pewna ekscytacja, powodowana tym, że Dazai chyba się jednak nim przejmował. Nie potrafił dostrzec w jego zachowaniu żadnych wskazówek odnośnie ewentualnego blefu, a choć nie był zbyt zdolny do zrozumienia akcji swego partnera, to jednak umiał odczytywać intencje innych. Zazwyczaj. 
- Także... Chyba po części jest jak było. Nie? Możemy kiedyś pójść do baru. Czy coś takiego. Tylko teraz jesteśmy wrogami dość oficjalnie. - Wzruszył ramionami. A co by było, gdyby faktycznie poszedł za Dazaiem? Mimo wszystko nie widział się u boku Agencji i wiedział, że nie byłby w stanie spojrzeć w twarz Kouyou będącej po drugiej stronie barykady. Podziwiał Dazaia za siłę, która pozwoliła mu zdobyć się na to wszytko. 
- Nie myśl sobie tylko, że nagle będziemy najlepszymi przyjaciółmi. - Teraz już zabrzmiał złośliwiej, natomiast w jego oczach dało się dostrzec iskierki podobnej natury. - Dalej cię nie znoszę. Ale nawet miło było cię spotkać. I nie chcę, żeby było inaczej niż teraz i wcześniej. - Wstał, zabierając rękę, po czym obszedł stół i na chwilę przytulił głowę Dazaia do swojej klatki piersiowej.
- Głupie... - Prychnął cicho, odsuwając się. - ... Ale poczułem, że chcę to zrobić. Do tego też się nie przyzwyczajaj, przygłupia makrelo. - Powrócił wiecznie zaczepny, poirytowany ton głosu, usta wygiął lekki uśmiech. - Chcesz jeszcze ze mną posiedzieć czy masz coś na głowie? 

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Potaknął słowom Chuuyi, rozumiejąc, o co mu chodziło. Nie było opcji powrotu do dawnych dni, nie mogło być już tak jak kiedyś. Nie umiał stwierdzić, jak się przez to czuł. Chyba coraz bardziej się uspokajał, jednak przez to tym bardziej czuł ową pustkę. Zanurzał się w niej, szukając w niej ukojenia. Jeśli niejakie odrętwienie mógł w ten sposób nazwać. Poniekąd zdziwił się, że po tym wszystkim, co powiedział, Chuuya jeszcze go pocieszał. Nie czuł się osobą, która powinna coś takiego otrzymywać. Mimo to poniekąd cieszył się z tego, że jego partner - po dzisiejszym poranku nie umiał nawet w myślach nazwać go byłym partnerem - wyciągnął na wierzch to, co tkwiło w nim głęboko. Było niczym zaogniona rana i choć teraz zaczęła krwawić i bolało... cóż, być może pojawiła się szansa na to, że się zasklepi.
Obawiał się, że odprowadzenie mężczyzny może przybrać podobnie nieprzyjemny obrót, miał jednak duże nadzieje na to, że Nakahara nieco pokrzyczy i każe mu się wynieść. Okazało się inaczej - jeszcze zobaczy, czy na dłuższą metę okaże się to złe czy dobre. Sam jednak radził swojemu podwładnemu, by ten nie żalił się nad sobą i swoimi przeszłymi decyzjami. Mówił to opierając się na własnych doświadczeniach, niemniej jednak nie traciło to znaczenia, gdy odnosiło się do jego samego - co się stało, tego nie cofnie.
- Dzięki... partnerze - powiedział cicho, ale z szczerą wdzięcznością w głosie. Ciężko mu było od razu uwierzyć w słowa rudzielca, ale nie mógł nie doceniać jego starań. Doświadczenie cudzej troski było... nietypowe. Zawsze umyślnie sam ją odrzucał, a raczej zachowywał się tak, by nikomu nie przyszła do głowy. U Chuuyi było inaczej. Udało mu się nawet nieco przed nim otworzyć... co kazało mu współczuć temu chibi. Ten kapelusznik jeszcze nie wiedział, w co się pakuje. Dazai bynajmniej nie chciał być dla niego ciężarem... ale równocześnie nie chciał się znów zamykać. Najwidoczniej będzie musiał jakoż ze sobą te dwie rzeczy pogodzić... bądź wybrać jedną.
Dazai zdawał sobie sprawę, jak sytuacja musiała wyglądać w oczach członków mafii, zwłaszcza tych, z którymi był bardziej powiązany. Nie był wcale dumny z tego, co zrobił... a raczej jak to zrobił. Wierzył w nieomylność swoich decyzji i upewniał się, że ludzie wokół również są o niej przekonani, jednak prawda była taka, że jemu również zdarzały się błędy - i to uważał za jeden z nich. Choć kwestia, czy umiałby zostawić mafię inaczej. Zbyt wiele pytań, a odpowiedzi nie umiał sobie na nie udzielić.
Wysłuchał uważnie odpowiedzi na swoje pytanie, kiwając ze zrozumieniem głową. To pasowało mu do Chuuyi. Zwłaszcza że zdawał sobie sprawę, że te kilka lat temu obecność siebie nawzajem była dla nich czymś naturalnym i odbierali ją zupełnie inaczej niż teraz, gdy była gorzko-słodkim wspomnieniem. Wiele rzeczy się zmieniło, a i lata, które im przybyły, nie pozostawały bez znaczenia.
- Prawda... nie ma co. -Westchnął cicho, uspokajając oddech. - Byłem tylko... ciekawy, przez te wszystkie lata. - Ciekawy, jak wiele znaczył dla swojego partnera. Jak bardzo go zranił i czy była możliwość, by temu zapobiec. Nie mógł nic z tym zrobić, ale chciał wiedzieć. Zadręczanie się jedną rzeczą, a wyciąganie wniosków z błędów drugą.
Zdołał nawet się lekko uśmiechnąć! Nie był to co prawda radosny wyszczerz, ale też nie wymuszony grymas, a w oku błysnęła mu lekka iskierka łobuzerstwa. Odbudowywał powoli wizerunek błazna, który tak mu wszedł w krew, że owa maska stała się częścią jego samego. Można mówić, że był przez to kłamliwy... ale sam przed sobą wiedział, że ukazywanie nieustannie swojej wrażliwej strony szybko by go zniszczyło. Potrzebował jakiejś ochrony.
- Możemy. Znów pobiję cię w piciu, nie łudź się. A co do sposobu, pozwól, że się tym zajmę... mam praktykę w wodzeniu innych za nos - zauważył. - Znalezienie miejsca na picie, gdzie nas nie przyłapią, to drobiazg~ I pff, kto by się z tobą chciał przyjaźnić, ślimaku~ Nie pochlebiaj sobie, choć za łóżko dziękuję, wygodne jest. Może jeszcze kiedyś skorzystam! - odparł ze złośliwym półuśmieszkiem, który zaraz zgasł, gdy został przytulony do piersi rudzielca. Przez chwilę skonfundowany tkwił tak nieruchomo niczym kłoda, jednak po chwili uznał, że może pozwolić sobie na jeszcze chwilę słabości i wtulić się w starszego mężczyznę. Na moment. Uśmiechnął się do niego lekko, gdy ten się odsunął.
- Postaram się nie przyzwyczajać, ale nie obiecuję~ Iii... dziękuję, Chuuya. Za wszystko - wyznał w ostatnim porywie szczerości, po czym znów na jego usta wykwitł lekki, uśmiech. - Miałem pracę wczoraj, a dziś... cóż, pewnie myślą, że właśnie się topie w rzece bądź coś podobnego. Ale będę musiał się niedługo zbierać... tylko... daj mi chwilkę, dobrze? - Wstał od stołu, skierował się do łazienki i przemył nieco twarz i ręce, by pozbyć się śladów nadmiary emocji oraz kawy z dłoni. Po dłuższej chwili wrócił w nieco lepszym stanie - nawet włosy zdążył przeczesać, by nie wyglądały jak sterczące siano.
- Wybacz, że... że zabrałem ci tyle czasu. - Spojrzał mu prosto w oczy, poważnie, ale bez boleści, jedynie pytająco. - Chyba... chyba powinienem iść. Chyba że wolisz, bym został? - spytał cicho. Chuuya tyle dla niego zrobił, że mógł się zasugerować jego zdaniem. Z jednej strony byli ze sobą już nadzwyczaj długo w porównaniu do ostatnich lat, a z drugiej... tak rzadko mogli się spotkać. Dlatego nie wiedział, czy pytanie miało zasugerować mu wyjście, czy też partner faktycznie liczył, że jeszcze zostanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
- Part... ne... rze... - Poruszył bezgłośnie ustami, powtarzając słowo, które okazało się dla niego cokolwiek istotne. W tej chwili zasugerowało mu, że Dazai chyba jednak się nim przejmuje, a to z kolei wywołało przyjemne ciepło, rozchodzące się po sercu Chuuyi. Nie odzyska pełni zaufania do bruneta zbyt szybko i było to pewne, jednak próba naprawienia relacji nawet, jeśli obu skrzywdzi, to jest warta zachodu. Mimo wszystko to wciąż był jego najbliższy przyjaciel, osoba, której przecież zawdzięczał życie. 
Poczuł się szczęśliwy, chociaż dalej gdzieś w środku czuł ból. Cała ta sytuacja dała mu trochę do myślenia i wiedział, że zresztą nie tylko jemu, bo i Dazai zdawał się wyjątkowo poruszony. W tej chwili nie wiązał ogromnych nadziei z dalszym rozwojem ich znajomości, jednak gdyby mógł raz na jakiś czas spotkać się z nim w choćby neutralny sposób... Byłby naprawdę uszczęśliwiony. 
- Nie obiecuję niczego. Wtedy byłem inny. Ty też byłeś... Chciałem powiedzieć, że ludzie się zmieniają. Ale nie jestem pewien tego, czy wtedy też nie grałeś. - Nieco zakłopotany, gorzki uśmiech pojawił się na jego ustach. - To dla mnie lekki szok, wiesz. - "A lekki jest zdecydowanie zbyt lekkim określeniem...", pomyślał, natomiast z niejaką przyjemnością odnotował, że Dazai powraca do swojego poprzedniego stanu. A potem z jeszcze większą przyjął, że zdezorientował swojego partnera i... i że ten w końcu się jednak w niego wtulił. W pierwszym odruchu chciał przeczesać jego włosy i pogłaskać je, jakby zapominając, że przed nim przecież jest wróg. Osamu był przecież teraz tak bezbronny, nie spodziewał się ataku, jednak Chuuya poczuł się teraz obezwładniony jak jeszcze nigdy. 
- Damy radę, paskudo. - Poklepał go lekko po pustym łbie. Nie było to pacnięcie, nie było nieprzyjemne, po prostu gest, jakim zwykle się chwali psa. Uniósł w wyrazie zdziwienia brwi na jego podziękowanie, szare oczy otwarły się szerzej. Skinął głową bez słowa, odprowadzając spojrzeniem mężczyznę do łazienki, takoż przyprowadził go z powrotem i skupił wzrok na jego oczach. 
- To nic przecież. Marnuj go, pókim dobry. Znaczy... Mniejsza. I... chciałbym. - W tej chwili błękitne tęczówki uciekły w bok. Nie lubił opowiadania o tym, czego chciał, uważając, że są ważniejsze rzeczy do roboty. Jedynym mankamentem takiego rozumowania było to, że zwykle potem kończyło się tak, jak wcześniej tego ranka. 
- Ale jak ci trzeba, to idź. Nie zmieniłem numeru... O czym chyba wiesz. - Dodał, nawiązując do tego, że zwykł spamować telefon Dazaia wiadomościami po pijaku. - Chyba znowu pójdę spać. Padnę. Więcej tyle nie piję. I liczę na to, że dotrzymasz słowa. 

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Im dłużej Dazai myślał nad ich obecną relacją, tym bardziej wydawała mu się ona absurdalna. Jednocześnie nadal tkwiła w nich obu pamięć o dawnej przyjaźni, która nie wygasła do końca. Ufali sobie na tyle, by powierzyć swoje życie w ręce tego drugiego czy mówić o rzeczach, którymi nie dzielili się z nikim innym. A na raz byli wrogami w dwóch przeciwnych organizacjach. Musieli ze sobą konkurować i być może - czego Dazai się obawiał - pewnego dnia walczyć.
Zdecydowanie musieli jeszcze popracować nad tą relacją, jednak to wymagało czasu. Nie dało się tego zrobić w dzień lub dwa. Zdawał sobie sprawę, że czekają ich całe tygodnie czy miesiące, nim cokolwiek zacznie przypominać prawdziwą, pełną przyjaźń w każdym tego słowa znaczeniu. Pozostało mu wybadanie, czy uczucia Chuuyi wobec niego zostały kompletnie nie zmienione. Już teraz był zaskoczony, ile się zachowało - w końcu, jak mówił rudzielec, czas zmieniał ludzi, a w jego oczach Nakahara pozostawał nadal taki sam. Może nieco twardszy i pewniejszy siebie niż wtedy, gdy odchodził z mafii.
- Zawsze gram, głupolu - mruknął, już wtulony w niego, chowając twarz w materiale jego koszuli. - To pierwszy raz, kiedy będąc z kimś, nie udaję. Doceń to, głupi ślimaku. I... wiem, że damy. - Pokiwał głową. Bał się mieć nadzieję... ale ona sama wykwitała mu w głowie i nie chciała zniknąć. Jeszcze nie wiedział, czy powinien ją tłamsić, czy też dać szansę. Ostatnim razem, gdy pojawiła się w nim nadzieja na normalną relację, Oda umarł. Nie chciał przeżywać tego jeszcze raz i to w dużo większym stopniu - ostatecznie Chuuya był dla niego znacznie ważniejszy. Jedynym, co pozwalało mu mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej, była świadomość, że jeden z szefów mafii był od Sakunosuke silniejszy. Umiał oceniać ludzi i tak właśnie wydedukował.
Powróciwszy z łazienki, wiedział jednak, by nie przeciągać struny. Chuuya potrzebował czasu, by to wszystko przemyśleć i poukładać, podobnie zresztą jak i on. Starał się cieszyć z tego, jak duży krok poczynili... choć w głębi ducha faktycznie go to radowało, wiedział, że nie będzie spokojny jeszcze długo. Jeśli mężczyzna faktycznie chciał poznać Dazaia, czekało ich wiele poważnych, wystawiających ich znajomość na ryzyko rozmów, wiele strachów i przeszkód. Dopiero kiedy wszystko będzie za nimi, Osamu będzie mógł odnaleźć spokój. Taką przynajmniej żywił nadzieję. Może naiwną, ale jednak musiał mieć się czego chwycić.
- Choć raz mówisz mądrze... wyśpij się, Chuuya - odparł, potakując. Na jego twarz powróciła maska spokoju, choć była ona bardzo niestabilna i wiedział, że potrzebuje długiej chwili samotności, by ją utrwalić. Szlag niech trafi tego petit mafię i łatwość, z jaką zniszczył dotychczasową postawę bruneta. - Postaram się już nie ignorować twoich wiadomości - dodał zaraz z uśmiechem. Zrobił krok do przodu, ale zamarł, niepewny, co zrobić. Czas łamania barier minął i choć zrobili spory wyłom w tej, która ich dzieliła, nagle zrobiło mu się głupio przez chęć uściskania partnera. Dlatego ręką, którą już wyciągał, machnął niemrawo i szybko uciekł z mieszkania, nie chcąc słyszeć śmiechu rudzielca.
Szybkim krokiem oddalił się stamtąd, ponownie pozwalając nogom się ponieść... gdziekolwiek, gdzie nie było ludzi. Poniekąd miał ochotę zaszyć się w jakimś barze, ale bał się, że jak teraz przesadzi z alkoholem, jego emocje znów wezmą nad nim górę. Potrzebował odosobnienia niczym kot, który w samotności liże rany. Prędko więc skierował się w stronę własnego mieszkania, litościwie pustego, gdzie nic nie będzie go rozpraszać.
| zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
- Doceniam. Możesz wierzyć. - Wymruczał cicho, w głowie godząc się z tym, że liczy na poprawę relacji między nimi, tudzież powrót do tego, co było dawniej. Przeszło mu przez myśl, że to jednak był całkiem szczęśliwy dzień, jednak natura pesymisty kazała mu nie ufać temu wszystkiemu. To... To przecież w końcu minie. Dlaczego więc nie pozwalał nadziei umrzeć? Dazai utrudnił mu naprawdę wiele swoim odejściem, osłabił Mafię portową, na dodatek obawiano się, że mężczyzna postanowi handlować mafijnymi informacjami. To wtulanie się z kolei było rzeczą całkiem przyjemną i Chuuya przyjął je jako swego rodzaju zamianę ról. Zwykle to on polegał na Osamu, sytuacja odwrotna nie miała tak często miejsca, a teraz jego partner był taki bezbronny i chciałoby się rzec, że dość uroczy. Jednakowoż, powracając z krainy puszystości i wszelkich barw uroku i słodyczy, to jednak wciąż był Dazai. 
A Dazai w każdej postaci jest dupkiem. 
- Taki mam zamiar. Uważaj, bo pomyślę, że się naprawdę martwisz. - To wcale nie tak, że właśnie w ten sposób myślał i myśleć chciał. I to na pewno nie było tak, że miał świadomość posiadania tej wiedzy przez swojego partnera. Przecież to był Dazai, który zawsze wszystko wiedział i przewidywał każdy ruch swoich rozmówców lub przeciwników. Chuuya bywał ślepy na pewne rzeczy, jednak niedostrzeganie czegoś od tylu lat byłoby niemal niewykonalne, szczególnie, że jego partner z tym się specjalnie nie krył. 
Przyglądał się mu pytająco, gdy ten przybliżył się, wyciągnął rękę i... I przez moment nie zrobił absolutnie nic, tylko po to, by w następnym się ulotnić. Nakahara otworzył oczy szerzej, brwi natomiast uniósł, a na ustach wykwitł uśmiech; to wszystko składało się na wyraz niedowierzania w to, co widzi. Nie wierzył w to, bowiem zdawało mu się, że Dazaiem zawładnął jakiś rodzaj zawstydzenia czy niepewności. 
- Zapamiętam to sobie, partnerze. - Pogroził głosem rozbawionym i rozczulonym naraz, odprowadzając tamtego wzrokiem. Pewnie gdyby mężczyzna doprowadził to, co zrobić chciał, do skutku, nie zostałby odrzucony. Tak czy inaczej, całe zajście Chuuya uznał za dość... Urocze, ale niedorzeczne. Będzie musiał przywyknąć do tego, że jego partner działa inaczej, niż mu się do tej pory wydawało. 
Póki co jednak, kiedy kawa jeszcze nie działała na niego i nie czuł się pobudzony, postanowił faktycznie wrócić do snu. Poszedł do swojego pokoju, gdzie zrzucił z siebie wszystko poza bielizną i wtulił się błogo w pościel... Dopiero po chwili uświadomił sobie, że właśnie tu zastał Dazaia. Odpychając od siebie myśl o tym i o fakcie, że na jego twarzy kwitnie powoli szkarłat, usnął.

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
W każdym innym wypadku Zepsuciu podobałby się dodatkowe towarzystwo, jednak osobnika, który pojawił się tu, kojarzyło z niszczeniem całej zabawy. Dlaczego miało ustąpić miejsca komuś gorszemu i słabszemu od siebie? Jakiemuś człowiekowi? Wymierzyło w Dazaia kilka pocisków chaotycznymi ruchami dłoni, jednak nie było w stanie trafić go. Dźwięki, jakie zaczął wywoływać mężczyzna, tym bardziej nie podobały się Zdolności i łatwo ją rozjuszały. Zepsucie wodziło spojrzeniem za odgłosami gruzu uderzającego o blachę, kręcąc skonfundowaną głową.
Znowu kaszel. Tym razem jednak nie tylko wstrząsnął jego ciałem, ale poniósł za sobą coś silniejszego. Zepsucie zgięło się w pół i zachwiało na nogach, by w kolejnej chwili zacząć krztusić się krwią Chuuyi. Obrażenia zewnętrzne i wewnętrzne, jakie szły za użyciem Zdolności, zaczynały pokonywać ciało Nakahary. Kolejne pełne krwi torsje dekoncentrowały Zepsucie, które nie rozumiało tego, co się z nim działo. Właśnie wtedy Dazai zaledwie musnął łokieć niższego mężczyzny. Ten z kolei niemalże od razu opadł z sił i nawet nie poczuł, jak jego partner chwyta go. Był teraz podobny do szmacianej lalki, prawie pozbawiony własnej woli i nawet nie sprzeciwiał się, gdy Dazai wziął go na barana. Luźno objął jego szyję, nie chcąc spaść i wymamrotał jedynie dwa słowa. 
- Dorwałem go? - Spytał cicho, w kolejnej chwili jednak tracąc przytomność. Nie ocknął się ani wniesiony do samochodu, ani po jakimś czasie dostarczony do lekarza agencji. Nawet, jeśli kobieta wyleczyła jego obrażenia, to sam mężczyzna był wciąż mocno wyczerpany. Zbudził się dopiero, gdy znalazł się we własnym domu, w wygodnym łóżku, niemrawo otwierając oczy. Zerknął na Dazaia i w chwili, gdy do końca się wybudził, aż zdziwił się, że nie czuł większego bólu. 
- Co... Dazai, czemu... Znaczy, cholera, dlaczego nie krwawię? - Obejrzał dokładnie swoje ręce, będące zwykle pokryte licznymi ranami po użyciu Zepsucia. Zmarszczył brwi, połączył fakty i... I tym bardziej nie mógł w to uwierzyć. - Zawlokłeś mnie do tej waszej doktorzycy? - Prychnął. - Czyli oboje postanowiliście pomóc wrogowi. To nie był zbyt dobry ruch... - Pomijając, oczywiście, wszystkie te razy, kiedy Mafia łączyła siły z Agencją. Pokręcił głową z niedowierzaniem, jednak zaraz twarz minimalnie rozjaśnił delikatny uśmiech. 
- Przyszedłeś po mnie, partnerze... - Starał się wychwycić jego spojrzenie własnym, do czego dążył upartym wpatrywaniem się w mężczyznę. - ... Nie zostawiłeś mnie. Nie okłamałeś. Ty kretynie... - Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Nie do wiary, że Dazai wciąż chciał mieć z nim cokolwiek wspólnego. Chyba naprawdę coś pojawiało się między nimi, a Chuuya, wbrew wszelkim złym słowom, jakich używał do opisania swojego partnera, był mu w tej chwili wdzięczny jak chyba nigdy. 
- To... powiedz. Udało mi się go załatwić? Znalazłeś ciało? - Spytał po chwili milczenia. Wbijał w Dazaia pytające, niecierpliwe spojrzenie, nie do końca jednak gotów na którąkolwiek odpowiedź. Chciałby pozbyć się Dostojewskiego. Ten człowiek nie zasługiwał, by wciąż stąpać po ziemi, a świat potrzebował kogoś, kto będzie miał dość dużą siłę, by wymierzyć mu sprawiedliwość. 

_________________


All the walls that you keep building
All this time that I spent chasing
All the ways that I keep losing you

Odnośnie pisania:
• W moich postach obowiązuje kolejka. Najstarsze posty jako pierwsze dostaną odpowiedź.
• Poza nią są te ograniczane czasem na posta. 
• Popędzaj mnie tylko, jeśli trzeci dzień czekasz na posta.
• Kolejka: ---
#A67D3D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Strateg Agencji
Liczba postów : 198
Join date : 28/10/2016
Motto : Have a pure, cheerful and energetic suicide~
avatar
Dazai szybko stwierdził, że stan Chuuyi jest poważniejszy, niż początkowo sądził. Może i nie było tego po nim widać, jednak często po użyciu Zepsucia był jeszcze w stanie jakoś rozmawiać i nie zawsze od razu mdlał. Obawiał się, że obrażenia były wewnątrz, a tych nijak nie mógł opatrzyć. Potrzebował pomocy kogoś, kto się na tym znał. Moriemu nie ufał na tyle, by do niego wieźć rudzielca - nie mówiąc już o tym, że prawdopodobnie by go do niego nie dopuszczono, nawet z rannym członkiem mafii. Dlatego popędził do Agencji, gdzie szybko złapał Yosano i wyprosił u niej wyleczenie Chuuyi. Nie trwało ono nawet tak długo i nie było tak... głośne jak inne, co tylko utwierdziło Dazaia w przekonaniu, jak blisko śmierci ten się znalazł. A to wszystko przez Dostojewskiego. Już wcześniej czuł do demona tylko i wyłącznie pogardę, ale teraz... to było gorsze. Nie potrafił nawet tego nazwać. Życzył mu tylko jednego - długiego, pełnego cierpień życia. Nie mógł wyobrazić sobie nic gorszego. Śmierć? Zbawienna ucieczka, a tej nie chciał mu dostarczać.
Obiecawszy wyjaśnić wszystko Yosano i Kunikidzie później, zabrał już wyleczonego, acz nadal nieprzytomnego Chuuyę do jego domu. Co prawda miał nieco trudności z wniesieniem go do domu, a później musiał wracać się po resztę jego rzeczy, ale po długim i wzmożonym wysiłku rudzielec wylądował na swoim łóżku, kupka jego rzeczy na stolik obok, a sam Osamu na krawędzi mebla, obserwując uważnie partnera i odgarniając mu z twarzy zbłąkane kosmyki. Przyniósł wilgotny ręcznik i otarł mu twarz oraz włosy na tyle, na ile mógł bez zupełnego ich mycia. Co prawda leczenie Akiko pozbawiało pacjenta wszelkich ran, ale krew z nich zostawała na skórze i ubraniach. Dazai zdążył jednak tylko zzuć mu buty i pozbawić kamizelki i pasów, nim mężczyzna się zbudził.
- No hej, śpiochu - przywitał go z lekkim uśmiechem. - Tak, zaniosłem cię do niej... Nie żeby jej to się podobało, ale ufa mi na tyle, by spełnić moją prośbę. Później coś wymyślę... wiesz, szkoda eliminować potencjalnego sojusznika, jakby Yokohamie znów coś zagroziło - zauważył, wciąż utrzymując lekki uśmiech na twarzy. - Nie jesteś moim wrogiem... nad resztą pomyślimy potem.
Nie unikał jego wzroku, za to utrzymywał spokojny, nieco rozbawiony wyraz twarzy. Chciał go wesprzeć i emocjonalnie, więc musiał zachowywać się pewnie. Żadnych wątpliwości. W tej chwili nie mógł sobie na nie pozwolić.
- Jasne że przyszedłem, głupolu. Obiecałem, prawda? Dotrzymuję słowa. Chyba w to nie wątpiłeś? Ale... nie, w ogóle go nie widziałem. - Jego twarz nagle stężała, choć po chwili słabości znów zdołał przybrać luźniejszy wyraz twarzy. - Nie wiem, czy go zniszczyłeś... ale śmiem wątpić. Ten demon jest w stanie wybrnąć z każdej pułapki czy sytuacji pozornie bez wyjścia. - Zacisnął dłonie na pościeli obok jego ramienia, patrząc nagle w bok. Nawet nie czuł, jak ramiona zaczęły mu delikatnie drżeć. - Czemu poszedłeś tam sam, idioto? - spytał cicho. - Wiedząc, że ze mną ani razu nie wygrałeś, nadal chciałeś mierzyć się Z NIM? Mówiąc mi o tym w ostatniej chwili? Jakbym przybył jeszcze chwilę później, minutę czy dwie zwłoki i... i możliwe, że byłoby już za późno, ty debilu! - również lekko podniesionego głosu nie zauważył, dopóki nie wypowiedział ostatniego słowa swojej tyrady. Nie miał sił, by spojrzeć mu w oczy, więc tylko utkwił wzrok w swoich dłoniach. Odetchnął głęboko, by się opanować. To nie w jego stylu, tak tracić panowanie nad nerwami. Zacisnął na chwilę oczy, po czym przemógł się i zerknął na niego, choć bardziej niż gniew, jego spojrzenie wyrażało poczucie winy. Jakby nie zdążył, byłaby to tylko i wyłącznie jego własna wina. Powinien był się spodziewać, że kolejnym krokiem Fiodora będzie eliminowanie groźnych przeciwników. Oraz takich, co cokolwiek znaczyli dla Dazaia, przez co w końcu by się złamał. Nie był pewien jego motywów ataku na Nakaharę, ale był przekonany, że w grę wchodził przynajmniej jeden z wymienionych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zwierzchnik Mafii
Liczba postów : 458
Join date : 26/09/2016
Motto : Naprawdę ludzkie życie to przelotny sen urody gumowego balonika
avatar
- Aha. To dość rozsądne. Przyjaciół trzymaj blisko, wrogów jeszcze bliżej. To musi być wygodne... Mieć kogoś takiego jak ona. Byle uważać, żeby nie przeholować z krzywdzeniem się. - Wzruszył lekko ramionami. Chociaż Mafia miała do dyspozycji wielu medyków, to chyba żaden nie był tak skuteczny jak Yosano. - I jesteśmy przeciwnikami. To się nie zmieni, Dazai. - Dodał to bez cienia goryczy czy nieprzyjemności. Po prostu stwierdził dość oczywisty fakt. Stali po różnych stronach barykady już od ponad dwóch lat i nie zanosiło się na zmianę, zaś jednoczenie sił przy starciu z większym złem o niczym nie świadczyło poza faktem, że obie grupy były w stanie oddalić wszelkie prywatne spory. 
Zaskoczyła go nagła zmiana w Dazaiu i przez głowę przeszło mu pytanie, czy nie powinien się tego spodziewać po ich ostatnim spotkaniu. Wciąż nie umiał przywyknąć do myśli, że w jego partnerze tkwi o wiele więcej niż ten na co dzień chciał pokazać. Otworzył szerzej oczy. Może parę razy słyszał, jak Dazai podnosi głos, ale w dalszym ciągu było to dla niego nietypowe i po prostu dziwne. Obserwował jego twarz, zaraz jego dłonie, które drżały tuż obok ramienia Chuuyi i poczuł ścisk w gardle. Gdy mężczyzna skończył mówić, sam Nakahara przez chwilę milczał. W końcu podniósł się do siadu i pierwszym, co zrobił, było położenie własnych dłoni przy jego. Przybrał minę zbitego psa i nieznacznie pochylił się do przodu, korzystając z tego, że w siadzie różnica w ich wzroście nie była taka wyczuwalna, by oprzeć swoje czoło o jego. Chciał skłonić go do patrzenia we własne oczy. 
- Nie rób takiej miny. Przecież żyję. Zrobiłeś wszystko dobrze. Jak ja mam ci dokuczać, kiedy jesteś taki smutny? - Wydał z siebie zduszony chichot i ścisnął jego dłonie lekko. - Gdybym... Gdybym nie wiedział, pomyślałbym, że zmiękłeś przez Agencję. Albo, że dorosłeś. - Kolejna rzecz, do której nie umiał się przyzwyczaić. Dazai, którego znał, nie był prawdziwym Dazaiem. Odetchnął głęboko. Plany Osamu chyba się poplątały, bowiem to on zaczął się zachowywać w mniej spokojny sposób. Oznaczało to, że Nakahara musiał teraz przejąć rolę opanowanego. 
- Nie miałem pojęcia, że to on. Nikt w Mafii nie miał, z tego co mi wiadomo. Miałem iść w sprawach handlowych, Dazai. Zabicie mnie byłoby dobrym ruchem. On i tak wie wszystko o Mafii. Ukradł dokumenty Ace'a. Spis naszych Zdolności. O ile nie wpłynie do nas świeża, silna krew, to niczym go nie zaskoczymy. Jego... Jego trzeba w końcu zabić. - Na chwilę urwał, uświadamiając sobie, że mówi oczywistości. Dazai na pewno to wiedział, w końcu to był on. Geniusz. 
- Będę ostrożniejszy. Jego Zdolność by przy mnie i tak nie podziałała, więc pomyślałem, że spróbuję go dopaść. Nie da się mnie dotknąć jeśli tego nie chcę... Albo jeśli nie jest się tobą, bucu głupi. - W końcu cofnął się, zabrał też dłonie z tych jego. 
- Myślisz, że anee-sama bardzo mnie zabije za krew na ubraniach? - Spytał już z lekkim rozbawieniem, zaraz przypominając sobie o czymś najważniejszym na świecie. - ... Przyniosłeś mój kapelusz? - Spojrzał na niego uważnie, po czym, na przeciwległym do siebie krańcu pokoju, dokładneij na stoliku, dostrzegł swój kapelusz, pod nim zaś płaszcz i obok rękawiczki... Ale poza nimi coś jeszcze. Coś okrągłego i różowego. Chuuya podczołgał się na czworakach do dziwnego obiektu i ściągnął z niego własne nakrycie głowy, po czym otworzył szeroko oczy. 
- Kupiłeś mi czekoladki... w pudełku w kształcie serca? - Skierował wzrok na swojego partnera, przyglądając mu się z lekkim niedowierzaniem. - I... I co mam z tym zrobić? - Zmrużył oczy, co miało na celu podkreślenie nieufnego podejścia do tych słodkości, ale nadało jego twarzy swego rodzaju niepewności. 
Jeśli faktycznie miał to dostać od Dazaia, to... To chyba serce mu jakoś mocniej zabiło. Ale dlaczego, tak właściwie? To wciąż był przecież ten dupek. W każdym razie, w końcu otworzył pudełko i zdjął z niego pokrywkę, by zobaczyć ładnie wykończone praliny czekoladowe, przyozdobione czekoladą białą i ciemną. Wydobył jednego cukierka, dla pewności powąchał go i stwierdził, że właśnie taki zapach powinna mieć dobra czekolada. 
- ... Ty też weź. - Nakazał swojemu partnerowi, ot, dla pewności, że ten nie chce go struć. Włożył czekoladkę do ust i chwilę delektując się jej fantastycznym smakiem, gdy... Gdy nagle poczuł, że zachodzą w nim jakieś zmiany, zaś ta najbardziej wyczuwalna i bolesna okazała się dotyczyć miejsca, w którym kończy się kość ogonowa. Stamtąd, zza bielizny i spodni Chuuyi, wyrósł długi, rudy, koci ogon, aktualnie z niepokojem kiwający się na boki. Nakahara zadrżał mocno i wbił w dodatkową część ciała nierozumiejące spojrzenie. Uniósł dłoń do prawego ucha, które okazało się bardziej wyciągnięte ku górze i zaostrzone w swoim kształcie, w dodatku pokryte krótkim, rudym futerkiem. Przesunął językiem po zębach - kły były nieznacznie zaostrzone, podobnie miała się sprawa paznokci. Same palce natomiast okazały się wyposażone w kocie fasolki poduszeczki. 
- DAZAAAAAAAI! - Krzyknął zaraz, wbijając w niego spojrzenie, które mogłoby zabić. Złapał go za materiał płaszcza, przy klatce piersiowej i szarpnął go do siebie, obnażając kocie kiełki. I byłby go ukarał, gdyby nie fakt, że w pokoju rozległo się kumkanie. W drzwiach stanęła żaba, bardzo zielona i pokryta plamami w różnych odcieniach, z wielkimi ślepiami mogącymi pożreć duszę, i, co gorsza, samemu będąc mniej więcej wielkości średniego psa. Jak się okazało, w domu było ich jeszcze przynajmniej pięć. Chuuya napuszył ogon i powiedział tylko jedno, zupełnie mimowolnie. - N... Nya? 


Chuuya na ten i kolejny wątek jest kotem. Prawie jak Souseki.  
Żaby z kolei... żaby trzeba przegonić. Szczególnie, że wydają się wyjątkowo zainteresowane gościem Chuuyi. Nie są szczególnie agresywne, ale zdecydowanie namolne w swoim zachowaniu - z pewnością chcą, żeby ten docenił je i pokochał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Mieszkanie Chuuyi
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Mieszkanie
» Mieszkanie 18 - Marceline Delacroix i Madison Richelieu
» Mały salon
» Mieszkanie Curtis Juvinall i Raphaela De Nevers
» Mieszkanie Emmy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Stray Dogs PBF :: Yokohama :: Nishi-
Kody oryginalnego stylu forum stworzone przez Okhmhakę. Obrazki użyte na forum nie są własnością administracji; zostały jedynie przystosowane pod forum. Jeśli jesteś autorem któregoś z nich i nie życzysz sobie, by był na forum, skontaktuj się z administracją.
If we used your art and you feel uncomfortable with it, contact Chuuya.